Usłyszałam
dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek.
Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała
się postać. Przybrałam pozycję siedzącą.
- Julie? –
usłyszałam szept. Oświeciłam lampkę, która stała na szafce nocnej. Moim oczom
ukazał się Jake. Chłopak z wyścigów i znajomy, znamy się już długo.
- Jezus
Maria. Czy Cię kompletnie człowieku pogięło? – zapytałam oburzona. – Cholero co
ty robisz o trzeciej w nocy w moim pokoju? – kontynuowałam.
- Musisz mi
pomóc. Oni mnie.. zabiją. – powiedział zrezygnowany.
- Co ty
pieprzysz? – zapytałam marszcząc przy tym brwi.
- Pomóż mi,
ja sobie sam z nimi rady nie dam. – powiedział kiwając przy tym przecząco
głową. Głośno westchnęłam. Nic więcej nie mówiąc wstałam. Ubrałam na siebie
dżinsy i ciepłą kurtkę. Byłam gotowa by iść.
- Weź broń.
– wyszeptał. Spojrzałam na niego pytająco. Byłam pewna, że chodzi mu o wyścig.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej walizkę. Położyłam ją na łóżku. Wzięłam
kilka nabojów i schowałam broń do spodni.
- Nie wiem
w co mnie wplątujesz, ale zapłacisz mi za to. – schowałam walizkę. Chłopak od
samego początku wyglądał na przestraszonego. Niecierpliwie czekał przed oknem.
- Pogięło
cię, jeżeli myślisz, że wyjdę przez okno. – zaśmiałam się. – Chodź. – dodałam.
Nie wiem w co się pakuję, ale jeżeli ktoś prosi mnie o pomoc, to bez zbędnych
pytań staram się to zrobić. Wyszłam na korytarz i przysłuchałam się, czy może
jeszcze chłopcy nie patrzą na film, a wiem że są w stanie. Kiedy nic nie słyszałam,
ręką dałam znać Jakowi, że ma podejść. W ciszy zeszliśmy po schodach i
wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do jego samochodu i z piskiem opon ruszyliśmy.
- Możesz mi
powiedzieć w jakie gówno się wpakowałeś? – zapytałam wpatrując się w niego.
-
Przegrałem jeden wyścig o dziesięć tysięcy złotych. – na końcu ściszył,
popatrzyłam na niego i wyszczerzyłam oczy. – Nie miałem tyle, więc pożyczyłem
od nich i …
- I nie
oddałeś im do tej pory. Dzisiaj jest ostateczny termin. – dokończyłam za niego.
Jake skinął tylko głową. – Ach jak można być tak głupim, idioto? – zapytałam, a
moja głowa lekko uderzyła o zagłówek. – Przecież, nie zakładam się o sumę,
której nawet nie mam. – powiedziałam, ale czułam, jak bym mówiła do jakieś
kukły, lub dziecka w przedszkolu. Znowu westchnęłam głośno i przymknęłam
powieki. No po porostu nie wierzę w taką głupotę ludzi. Dość, że gość nie jest
mistrzem w wyścigach, to jeszcze kasy nie ma. Zdaje mi się, że ten który się
zakładał, dobrze o tym wiedział, dla niego to następny zarobek, naiwnością
głupich.
Po 10
minutach, znaleźliśmy się w jakimś ponurym miejscu. Odciętym od świata, wokoło
były same pola, a obok lasu stał mały magazyn. W środku świeciło się światło,
było je widać przez jedno, małe okienko. Naokoło stały dwa samochody. Wyszłam z
samochodu i wpatrywałam się, obmyślając przy tym jakiś plan. Nie wiem, czy dam
sobie sama radę.
- Idziemy?
– zapytał Jake, kiedy tylko znalazł się obok mnie.
- Nie mogę
tam z tobą wejść. – powiedziałam. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Nie mogą
mnie zobaczyć, mam lepszy pomysł, chodź. – ruszyłam przed siebie. Cicho
weszliśmy do środka, rozejrzałam się. Pokazałam palcem, w którą stronę idę i w,
którą stronę ma iść chłopak. Skinął głową i poszedł, tak też zrobiłam ja. Po
paru minutach znalazłam odpowiednie miejsce, gdzie mogłam spokojnie stać i
gdzie miałam widok na Jake’a i tych czterech innych. Gdzieś już ich widziałam i
zdaje mi się, że było to nawet na wyścigach, ale nie byłam pewna.
- Gdzie
masz kasę? – usłyszałam niski, ciężki głos. W tym samym czasie wyciągnęłam broń
i sprawdziłam ile w niej naboi, akurat było ich cztery. Jake stał i nie odezwał
się.
- Kurwa
głuchy jesteś?! – krzyknął.
- Nie mam.
– Jake odpowiedział. Śmiech rozległ się po magazynie. A echo dodało temu
jeszcze większych atrakcji. Zauważyłam, że jeden z nich trzyma dłoń na broni.
Więc na cóż ja czekam? Bronią wycelowałam na niego, przytrzymując palec na
spuście.
- Nie tak
się umawialiśmy. Pamiętasz co ci obiecaliśmy? – podszedł do niego bliżej.
Próbowałam przyjrzeć się bardziej, który z nich ma broń. Jak na moje oko, tylko
jeden z nich ją miał.
-
Pamiętasz?! – krzyknął mu prosto w twarz i uderzył go w brzuch. Jake skurczył
się z bólu. Jeden z nich zaczął podnosić broń, w tej samej chwili ja
pociągnęłam za spust. Jeden strzał, drugi, trzeci i czwarty. Wszyscy padli.
Poczekałam chwilę, by zobaczyć, czy może nie ma jeszcze kogoś w tym
pomieszczeniu. Kiedy Jake otrząsnął się już, wybiegł z pomieszczenia. Tak też
zrobiłam ja. Wyszłam z magazynu i zobaczyłam siedzącego na trawniku chłopaka.
- Wstawaj i
zawieź mnie do domu. – podałam mu rękę.
- Dziękuję.
– powiedział ujmując moją dłoń.
- Nic nie
mów. – udałam się w stronę samochodu. Nie patrzyłam, czy chłopak idzie za mną,
ale słyszałam szmer, a to znaczy, że był tuż za mną.
- Mimo to,
muszę ci się jakoś odwdzięczyć. – gadał, a język przy tym mu się plątał i do
tego jeszcze porządnie samochodu nie potrafi otworzyć.
- Nie
musisz. To była pestka, nic wielkiego. – zaśmiałam się. Już nie z takim czymś
sobie poradziłam. Poszli jak kaczki, hah, a to dobre porównanie. Zdarzało się
już po więcej ludzi i do tego czasami każdy z nich miał broń, a i tak
wychodziłam z tego bez żadnych obrażeń. Nie mam dla mnie rzeczy trudnych i
nieosiągalnych. – To była tylko następna dobra zabawa. – powiedziałam wsiadając
do samochodu. Wygodnie usiadłam.
- Dla
ciebie kolejna zabawa, ja bym się tam posrał. – zachichotał.
- Jak na
razie masz z nimi spokój. – powiedziałam, ale i tak nie byłam pewna swoich
słów. Mimo, że zabiłam ich, czego nawet nie jestem pewna. To nie znaczy, że ich
jest tylko czwórka i że tamci nie będą wiedzieć z kim w tym czasie mieli się
spotkać. Cóż wtedy będzie jeszcze lepsza zabawa. Zaśmiałam się w myślach.
Po 15
minutach byliśmy już przy moim domie. Pożegnałam się z chłopakiem i weszłam do
środka. Cicho zamknęłam drzwi i też po cicho chciałam udać się do pokoju i
położyć się wreszcie do łóżka.
- Gdzie
byłaś? – usłyszałam głos, aż podskoczyłam. Przestraszyłam się, a przecież to
był tylko Bruce.
- Przejść
się byłam, nie umiałam spać. – powiedziałam
i przyglądałam się mężczyźnie, który przybliżał się do mnie. Sięgnął ręką do
mojej tylnej kieszeni i wyciągnął z niej broń.
- Z tym? –
przedstawił mi ją pod nos.
- Chciałam
czuć się bezpiecznie. – powiedziałam, nie wiem czemu ale byłam pewna, że mi
uwierzy.
- Nie
pierdol głupot. Zawsze śpisz jak zabita, dobudzić cię czasami nie można, jako
pierwsza konałaś tu na kanapie, a później spać nie umiałaś? Dziwne, po za tym
nigdy nie wychodzisz z bronią. – zapadła między nami cisza. – Gdzie byłaś? – zapytał
ponownie.
- Nigdzie.
– odpowiedziałam nie spoglądając mu w oczy.
- Spójrz na
mnie. – w jego głosie można było dostrzec nutkę zdenerwowania. – Spójrz na mnie
- powtórzył. Spojrzałam mu w oczy.
- Ilu się
pozbyłaś? – zapytał.
- Czterech.
– prawie wyszeptałam.
- Boże… -
wyszeptał i spojrzał na sufit. – Idź spać. – powiedział i odwrócił się ode
mnie. Byłam już w połowie schodów, kiedy dodał.
- Jutro
porozmawiamy.
Skinęłam
tylko głową. Weszłam do pokoju. Nie chciałam teraz zakrzątać sobie głowy, tym wszystkim,
więc zrzuciłam z siebie ciuchy i położyłam się.
***
Dzień
zaczął się beznadziejnie. Nie wyspałam się! A jeżeli Julia się nie wyśpi, jest
bardzo źle. Lepiej się do mnie nie zbliżaj i omijaj szerokim łukiem. Szkoła,
denerwujący ludzie i do tego dochodzi rozmowa z Brucem. Nie no po prosto
pozazdrościć. Czekałam na taki dzień, kiedy to wszystko będzie mnie cholernie
wkurwiać, bo inaczej nie można powiedzieć. Grr. W sumie to ja nawet nie miałam
ochoty dzisiaj iść do tej szkoły. Mimo tego, że nauczyciele doprowadzą mnie do
tego, że będę miała białą gorączkę to jakoś da się wytrzymać, ale z powodu
Justina. Kiedy tylko o nim pomyślę, skręca mnie w żołądku, jak bym się czegoś
bała lub denerwowała. Nie wiem, czy ma
zamiar pokazać się dzisiaj w szkole, nie chodził już cały tydzień, czy teraz
zachce mu się przyjść. Wątpię.
Przekroczyłam
próg szkoły. I od razu ode chciało mi się żyć. Moje życie zostało po drugiej
stronie.
- Hej
Julie. Widziałaś Rox? – podbiegła do mnie Ashley z uśmiechem od ucha do ucha.
- Nie. Nie
przychodziła dzisiaj ze mną. – powiedziałam podchodząc do mojej szafki.
- Hej
Słońce. – usłyszałam bardzo znane mi głosy. Odwróciłam się. Od razu rzuciłam
się na Davida i Austina. Nie powiem tęskniłam za nimi.
- Co ty
taka? Źle się czujesz? – zapytał mnie David.
- Nie. –
uśmiechnęłam się. – Nie wyspałam się. – nagle poczułam uderzenie w ramie.
- Uważaj… -
powiedziałam spoglądając na osobę, która mnie popchnęła. Mój żołądek obrócił
się o 180o. Był to Justin. Popatrzył tylko na mnie znienawidzonym
wzrokiem i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu to. Popatrzyłam na
Louisa, ale ten odwrócił zaraz wzrok.
Czyli wrócił dawny Bieber. Poczułam jak by moja klatka piersiowa
kurczyła się, opadła. Skręcało mnie w brzuchu, a do oczu napłynęły łzy. Ocknęłam
się i z powrotem wróciłam do szafki, próbowałam powtrzymać łzy, nie chciałam,
żeby widział ktoś, a mianowicie Dav, austin i Ashley, że jakoś bardzo mnie to
zabolało.
Nie
rozumiem jedynie jego zachowania, przecież było dobrze.
Zatrzasnęłam
szafkę.
- Idziemy.
– David objął mnie ramieniem.
Wszystkie
lekcje minęły mi okropnie. W jednej
klasie z Justinem, hah, trudno, żeby tak nie minęły.
Ja nie wiem
czego ten człowiek chce od świata. Raz jest miły, a raz nie. Raz przeprasza, a
za chwilę robi to samo. Raz lubi, a raz nienawidzi. Gorzej niż baba w ciąży.
Postanowiłam
od dzisiaj nie przejmować się Justinem. Wiem sama siebie oszukuję.
- Julie. –
z jakiegoś transu wyrwała mnie Rox, która stała przede mną. – Idziemy? –
zapytała.
- Tak. –
uśmiechnęłam się lekko. W ciszy wyszłyśmy z szkoły. Zimne powietrze pogłaskało
mnie po twarzy.
- Dobrze
się czujesz? – zapytała brunetka wpatrując się we mnie.
- Nie
wyspałam się. – odpowiedziałam. Dziewczyna skinęła tylko głową, popatrzyłam na
nią i uśmiechnęłam się tylko.
- To
opowiadaj jak tam ten Harry. – powiedziałam. Dziewczynie od razu, gdy tylko
powiedziałam jego imię rozpromieniła
się buźka.
- No to. …
Justin’sPOV
- Bieber,
kurwa chuju. Podnieś dupę i otwórz te jebane drzwi. – Harry krzyknął z góry.
Wywróciłem oczami. W końcu ktoś się dobija już trzeci raz. Podszedłem, palcami
przeczesałem włosy. Otworzyłem drzwi i normalnie oczom nie mogłem uwierzyć.
- Nie
spodziewałeś się tu nas, prawda? – przed drzwiami stał Luke. Szef mafii
„Scorpions”. Co za denna nazwa. Nienawidzimy ich, a oni nas, nie mam pojęcia
czego oni tutaj szukają.
- No chyba
nawet wyraziłem się jasno, że nie chcę was widzieć na oczy? – każde moje słowo
przeszywał jad. Za mną stanął Jason.
-
Wchodźcie. – zaprosił ich do środka.
- Co do kurwy
… - zacząłem zaskoczony jego reakcją.
- Spokojnie
Bieber. Zaraz wszystko wyjaśnimy. – uspokajał mnie. – Siadaj. – wskazał ręką na
fotel. Posłuchałem go i usiadłem, chciałem wiedzieć co to takiego znowu
ważnego, że nawet ci idioci muszą tutaj być. Chłopcy też do nas dołączyli.
Wyglądali bynajmniej jak by widzieli duchy, byli tak samo zdziwieni jak ja.
- Znacie
Red Devils, prawda? – Jason zapytał i spojrzał na każdego z nas z osobna.
- Kto nie
zna? Przecież to co oni robią, to przecież.. boah … nie wyobrażalne, chciałbym
chociaż w połowie umieć to co oni. – odpowiedział Liam. Ten jak zawsze wszystko
wyolbrzymia. No nie powiem, są dobrzy, ale nie zaraz znakomici.
- Właśnie.
To chociaż masz okazję się z nimi zmierzyć. – spojrzałem na Jasona zaskoczony tym
co przed chwilą usłyszałem.
- O co ci
teraz chodzi? – zapytałem złączając przy tym brwi. Usiadłem w innej pozycji.
-
Przenieśli się do Londynu, a my raczej nie chcemy, żeby ktoś zajął nasz teren,
prawda? – wytłumaczył Luke.
- No nie. –
powiedziałem krótko. – Ale nic o nich nie wiemy. Nikt nie wie. – spojrzałem na
Jasona.
- Owszem
nikt, ale my chociaż wiemy kto jest ich przewodniczącym. – kontynuował Luke.
- A czy oni
przypadkiem nie są znani najbardziej z tego, że nie przedstawiają tego
prawdziwego ich szefa? – zapytał Lil. Skinąłem głową.
- Tak. I my
właśnie wiemy kto to. – schował dłoń do kieszeni i po chwili wyjął ją z
zdjęciem. – Niejaka Julie Jackson.
- Kto?! –
Liam, Harry, Liam, Louis i ja powiedzieliśmy w tej samej chwili. Nikt inny jak
Julie, ta Julie Jackson, z szkoły, nie przyszedł mi na myśl i chłopakom pewnie
też nie. Kiedy Luke położył zdjęcie na stoliku, wtedy dopiero mogłem uwierzyć.
- Czy ty
przypadkiem nie pomyliłeś zdjęć? – zapytałem biorąc fotkę. Luke kiwnął
przecząco głową. Chłopcy wpatrywali się to raz we mnie, to w fotkę z
wystrzeżonymi oczami lub otwartą buzią.
- Na
początku też nie mogliśmy w to uwierzyć. Dość, że to dziewczyna i to
siedemnastoletnia, to jeszcze ma pod sobą taki gang, że … No po prostu trudno w
to uwierzyć. – spojrzałem na Luka.
- Co ty
pierdolisz, znam tą dziewczynę. – wstałem z fotela. – Przecież to taka ciamajda
i cicha osoba, że wątpię.
- Bo ma
taką udawać. Skąd się przeprowadziła? – zapytał Luke.
- Z San. –
odpowiedział mu Harry.
- Tak. Skąd
znany jest Red Devils? Z San, tak. Czy jej brat przypadkiem nie ma na imię
Ryan, jeden z jej kolegów Dominick, Michael, czy może Niall i Zayn? – zapytał.
- Kojarzę
brata. – znowu odpowiedział Harry. Stałem tylko i słuchałem. No po prostu byłem
zszokowany. Nie mogłem uwierzyć. Przecież ta dziewczyna na taką nie
wygląda. Że ona mnie jeszcze nie zabiła
za to wszystko co jej robiłem. Przecież ona jest taką kruchą dziewczynką,
malutką. Że niby jak ona sobie poradziła z wszystkimi jej ofiarami? To jest
niemożliwe.
- Więc
Justin, chyba nie jest dla ciebie to żaden problem, żeby obok niej się tam
zakręcić. – spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, za bardzo nie wiedziałem o
co mu chodzić.
- Musisz ją
po prostu poderwać, rozkochać w sobie. Ona nie będzie wiedziała, że ty wiesz, a
nadal będzie udawać, musi ci zaufać, kiedy się już to stanie, skończysz z nią.
– wytłumaczył szybko Jason. Patrzyłem na niego jak na idiotę.
- Co to
znaczy skończysz? – zapytałem.
- Zabijesz
ją.
***
Hej :)
Szczęśliwego Nowego Roku, życzę wam wszystkim. :) ♥
Nie wiem co myślicie o blogu, o tym opowiadaniu. Nie odzywacie się, nie piszecie, nie wiem czy go skończę, bo chyba nie ma już dla kogo.