sobota, 11 stycznia 2014

Part.10 †



Usłyszałam dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek. Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała się postać. Przybrałam pozycję siedzącą.
- Julie? – usłyszałam szept. Oświeciłam lampkę, która stała na szafce nocnej. Moim oczom ukazał się Jake. Chłopak z wyścigów i znajomy, znamy się już długo. 
- Jezus Maria. Czy Cię kompletnie człowieku pogięło? – zapytałam oburzona. – Cholero co ty robisz o trzeciej w nocy w moim pokoju? – kontynuowałam.
- Musisz mi pomóc. Oni mnie.. zabiją. – powiedział zrezygnowany.
- Co ty pieprzysz? – zapytałam marszcząc przy tym brwi.
- Pomóż mi, ja sobie sam z nimi rady nie dam. – powiedział kiwając przy tym przecząco głową. Głośno westchnęłam. Nic więcej nie mówiąc wstałam. Ubrałam na siebie dżinsy i ciepłą kurtkę. Byłam gotowa by iść.
- Weź broń. – wyszeptał. Spojrzałam na niego pytająco. Byłam pewna, że chodzi mu o wyścig. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej walizkę. Położyłam ją na łóżku. Wzięłam kilka nabojów i schowałam broń do spodni.
- Nie wiem w co mnie wplątujesz, ale zapłacisz mi za to. – schowałam walizkę. Chłopak od samego początku wyglądał na przestraszonego. Niecierpliwie czekał przed oknem.
- Pogięło cię, jeżeli myślisz, że wyjdę przez okno. – zaśmiałam się. – Chodź. – dodałam. Nie wiem w co się pakuję, ale jeżeli ktoś prosi mnie o pomoc, to bez zbędnych pytań staram się to zrobić. Wyszłam na korytarz i przysłuchałam się, czy może jeszcze chłopcy nie patrzą na film, a wiem że są w stanie. Kiedy nic nie słyszałam, ręką dałam znać Jakowi, że ma podejść. W ciszy zeszliśmy po schodach i wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do jego samochodu i z piskiem opon ruszyliśmy.
- Możesz mi powiedzieć w jakie gówno się wpakowałeś? – zapytałam wpatrując się w niego.
- Przegrałem jeden wyścig o dziesięć tysięcy złotych. – na końcu ściszył, popatrzyłam na niego i wyszczerzyłam oczy. – Nie miałem tyle, więc pożyczyłem od nich i …
- I nie oddałeś im do tej pory. Dzisiaj jest ostateczny termin. – dokończyłam za niego. Jake skinął tylko głową. – Ach jak można być tak głupim, idioto? – zapytałam, a moja głowa lekko uderzyła o zagłówek. – Przecież, nie zakładam się o sumę, której nawet nie mam. – powiedziałam, ale czułam, jak bym mówiła do jakieś kukły, lub dziecka w przedszkolu. Znowu westchnęłam głośno i przymknęłam powieki. No po porostu nie wierzę w taką głupotę ludzi. Dość, że gość nie jest mistrzem w wyścigach, to jeszcze kasy nie ma. Zdaje mi się, że ten który się zakładał, dobrze o tym wiedział, dla niego to następny zarobek, naiwnością głupich.
Po 10 minutach, znaleźliśmy się w jakimś ponurym miejscu. Odciętym od świata, wokoło były same pola, a obok lasu stał mały magazyn. W środku świeciło się światło, było je widać przez jedno, małe okienko. Naokoło stały dwa samochody. Wyszłam z samochodu i wpatrywałam się, obmyślając przy tym jakiś plan. Nie wiem, czy dam sobie sama radę.
- Idziemy? – zapytał Jake, kiedy tylko znalazł się obok mnie.
- Nie mogę tam z tobą wejść. – powiedziałam. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Nie mogą mnie zobaczyć, mam lepszy pomysł, chodź. – ruszyłam przed siebie. Cicho weszliśmy do środka, rozejrzałam się. Pokazałam palcem, w którą stronę idę i w, którą stronę ma iść chłopak. Skinął głową i poszedł, tak też zrobiłam ja. Po paru minutach znalazłam odpowiednie miejsce, gdzie mogłam spokojnie stać i gdzie miałam widok na Jake’a i tych czterech innych. Gdzieś już ich widziałam i zdaje mi się, że było to nawet na wyścigach, ale nie byłam pewna.
- Gdzie masz kasę? – usłyszałam niski, ciężki głos. W tym samym czasie wyciągnęłam broń i sprawdziłam ile w niej naboi, akurat było ich cztery. Jake stał i nie odezwał się.
- Kurwa głuchy jesteś?! – krzyknął.
- Nie mam. – Jake odpowiedział. Śmiech rozległ się po magazynie. A echo dodało temu jeszcze większych atrakcji. Zauważyłam, że jeden z nich trzyma dłoń na broni. Więc na cóż ja czekam? Bronią wycelowałam na niego, przytrzymując palec na spuście.
- Nie tak się umawialiśmy. Pamiętasz co ci obiecaliśmy? – podszedł do niego bliżej. Próbowałam przyjrzeć się bardziej, który z nich ma broń. Jak na moje oko, tylko jeden z nich ją miał.
- Pamiętasz?! – krzyknął mu prosto w twarz i uderzył go w brzuch. Jake skurczył się z bólu. Jeden z nich zaczął podnosić broń, w tej samej chwili ja pociągnęłam za spust. Jeden strzał, drugi, trzeci i czwarty. Wszyscy padli. Poczekałam chwilę, by zobaczyć, czy może nie ma jeszcze kogoś w tym pomieszczeniu. Kiedy Jake otrząsnął się już, wybiegł z pomieszczenia. Tak też zrobiłam ja. Wyszłam z magazynu i zobaczyłam siedzącego na trawniku chłopaka.
- Wstawaj i zawieź mnie do domu. – podałam mu rękę.
- Dziękuję. – powiedział ujmując moją dłoń.
- Nic nie mów. – udałam się w stronę samochodu. Nie patrzyłam, czy chłopak idzie za mną, ale słyszałam szmer, a to znaczy, że był tuż za mną.
- Mimo to, muszę ci się jakoś odwdzięczyć. – gadał, a język przy tym mu się plątał i do tego jeszcze porządnie samochodu nie potrafi otworzyć.
- Nie musisz. To była pestka, nic wielkiego. – zaśmiałam się. Już nie z takim czymś sobie poradziłam. Poszli jak kaczki, hah, a to dobre porównanie. Zdarzało się już po więcej ludzi i do tego czasami każdy z nich miał broń, a i tak wychodziłam z tego bez żadnych obrażeń. Nie mam dla mnie rzeczy trudnych i nieosiągalnych. – To była tylko następna dobra zabawa. – powiedziałam wsiadając do samochodu. Wygodnie usiadłam.
- Dla ciebie kolejna zabawa, ja bym się tam posrał. – zachichotał. 
- Jak na razie masz z nimi spokój. – powiedziałam, ale i tak nie byłam pewna swoich słów. Mimo, że zabiłam ich, czego nawet nie jestem pewna. To nie znaczy, że ich jest tylko czwórka i że tamci nie będą wiedzieć z kim w tym czasie mieli się spotkać. Cóż wtedy będzie jeszcze lepsza zabawa. Zaśmiałam się w myślach.
Po 15 minutach byliśmy już przy moim domie. Pożegnałam się z chłopakiem i weszłam do środka. Cicho zamknęłam drzwi i też po cicho chciałam udać się do pokoju i położyć się wreszcie do łóżka.
- Gdzie byłaś? – usłyszałam głos, aż podskoczyłam. Przestraszyłam się, a przecież to był tylko Bruce.
- Przejść się byłam,  nie umiałam spać. – powiedziałam i przyglądałam się mężczyźnie, który przybliżał się do mnie. Sięgnął ręką do mojej tylnej kieszeni i wyciągnął z niej broń.
- Z tym? – przedstawił mi ją pod nos.
- Chciałam czuć się bezpiecznie. – powiedziałam, nie wiem czemu ale byłam pewna, że mi uwierzy. 
- Nie pierdol głupot. Zawsze śpisz jak zabita, dobudzić cię czasami nie można, jako pierwsza konałaś tu na kanapie, a później spać nie umiałaś? Dziwne, po za tym nigdy nie wychodzisz z bronią. – zapadła między nami cisza. – Gdzie byłaś? – zapytał ponownie.
- Nigdzie. – odpowiedziałam nie spoglądając mu w oczy.
- Spójrz na mnie. – w jego głosie można było dostrzec nutkę zdenerwowania. – Spójrz na mnie - powtórzył. Spojrzałam mu w oczy.
- Ilu się pozbyłaś? – zapytał.
- Czterech. – prawie wyszeptałam.
- Boże… - wyszeptał i spojrzał na sufit. – Idź spać. – powiedział i odwrócił się ode mnie. Byłam już w połowie schodów, kiedy dodał.
- Jutro porozmawiamy.
Skinęłam tylko głową. Weszłam do pokoju. Nie chciałam teraz zakrzątać sobie głowy, tym wszystkim, więc zrzuciłam z siebie ciuchy i położyłam się.

***
Dzień zaczął się beznadziejnie. Nie wyspałam się! A jeżeli Julia się nie wyśpi, jest bardzo źle. Lepiej się do mnie nie zbliżaj i omijaj szerokim łukiem. Szkoła, denerwujący ludzie i do tego dochodzi rozmowa z Brucem. Nie no po prosto pozazdrościć. Czekałam na taki dzień, kiedy to wszystko będzie mnie cholernie wkurwiać, bo inaczej nie można powiedzieć. Grr. W sumie to ja nawet nie miałam ochoty dzisiaj iść do tej szkoły. Mimo tego, że nauczyciele doprowadzą mnie do tego, że będę miała białą gorączkę to jakoś da się wytrzymać, ale z powodu Justina. Kiedy tylko o nim pomyślę, skręca mnie w żołądku, jak bym się czegoś bała lub denerwowała.  Nie wiem, czy ma zamiar pokazać się dzisiaj w szkole, nie chodził już cały tydzień, czy teraz zachce mu się przyjść. Wątpię.
Przekroczyłam próg szkoły. I od razu ode chciało mi się żyć. Moje życie zostało po drugiej stronie.
- Hej Julie. Widziałaś Rox? – podbiegła do mnie Ashley z uśmiechem od ucha do ucha.
- Nie. Nie przychodziła dzisiaj ze mną. – powiedziałam podchodząc do mojej szafki.
- Hej Słońce. – usłyszałam bardzo znane mi głosy. Odwróciłam się. Od razu rzuciłam się na Davida i Austina. Nie powiem tęskniłam za nimi.
- Co ty taka? Źle się czujesz? – zapytał mnie David.
- Nie. – uśmiechnęłam się. – Nie wyspałam się. – nagle poczułam uderzenie w ramie.
- Uważaj… - powiedziałam spoglądając na osobę, która mnie popchnęła. Mój żołądek obrócił się o 180o. Był to Justin. Popatrzył tylko na mnie znienawidzonym wzrokiem i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu to. Popatrzyłam na Louisa, ale ten odwrócił zaraz wzrok.  Czyli wrócił dawny Bieber. Poczułam jak by moja klatka piersiowa kurczyła się, opadła. Skręcało mnie w brzuchu, a do oczu napłynęły łzy. Ocknęłam się i z powrotem wróciłam do szafki, próbowałam powtrzymać łzy, nie chciałam, żeby widział ktoś, a mianowicie Dav, austin i Ashley, że jakoś bardzo mnie to zabolało.
Nie rozumiem jedynie jego zachowania, przecież było dobrze.
Zatrzasnęłam szafkę.
- Idziemy. – David objął mnie ramieniem.


Wszystkie lekcje minęły mi okropnie.  W jednej klasie z Justinem, hah, trudno, żeby tak nie minęły.
Ja nie wiem czego ten człowiek chce od świata. Raz jest miły, a raz nie. Raz przeprasza, a za chwilę robi to samo. Raz lubi, a raz nienawidzi. Gorzej niż baba w ciąży.
Postanowiłam od dzisiaj nie przejmować się Justinem. Wiem sama siebie oszukuję.
- Julie. – z jakiegoś transu wyrwała mnie Rox, która stała przede mną. – Idziemy? – zapytała.
- Tak. – uśmiechnęłam się lekko. W ciszy wyszłyśmy z szkoły. Zimne powietrze pogłaskało mnie po twarzy.
- Dobrze się czujesz? – zapytała brunetka wpatrując się we mnie.
- Nie wyspałam się. – odpowiedziałam. Dziewczyna skinęła tylko głową, popatrzyłam na nią i uśmiechnęłam się tylko.
- To opowiadaj jak tam ten Harry. – powiedziałam. Dziewczynie od razu, gdy tylko powiedziałam jego imię rozpromieniła się buźka.
- No to. …

Justin’sPOV

- Bieber, kurwa chuju. Podnieś dupę i otwórz te jebane drzwi. – Harry krzyknął z góry. Wywróciłem oczami. W końcu ktoś się dobija już trzeci raz. Podszedłem, palcami przeczesałem włosy. Otworzyłem drzwi i normalnie oczom nie mogłem uwierzyć.
- Nie spodziewałeś się tu nas, prawda? – przed drzwiami stał Luke. Szef mafii „Scorpions”. Co za denna nazwa. Nienawidzimy ich, a oni nas, nie mam pojęcia czego oni tutaj szukają.
- No chyba nawet wyraziłem się jasno, że nie chcę was widzieć na oczy? – każde moje słowo przeszywał jad. Za mną stanął Jason.
- Wchodźcie. – zaprosił ich do środka.
- Co do kurwy … - zacząłem zaskoczony jego reakcją.
- Spokojnie Bieber. Zaraz wszystko wyjaśnimy. – uspokajał mnie. – Siadaj. – wskazał ręką na fotel. Posłuchałem go i usiadłem, chciałem wiedzieć co to takiego znowu ważnego, że nawet ci idioci muszą tutaj być. Chłopcy też do nas dołączyli. Wyglądali bynajmniej jak by widzieli duchy, byli tak samo zdziwieni jak ja.
- Znacie Red Devils, prawda? – Jason zapytał i spojrzał na każdego z nas z osobna.
- Kto nie zna? Przecież to co oni robią, to przecież.. boah … nie wyobrażalne, chciałbym chociaż w połowie umieć to co oni. – odpowiedział Liam. Ten jak zawsze wszystko wyolbrzymia. No nie powiem, są dobrzy, ale nie zaraz znakomici.
- Właśnie. To chociaż masz okazję się z nimi zmierzyć. – spojrzałem na Jasona zaskoczony tym co przed chwilą usłyszałem. 
- O co ci teraz chodzi? – zapytałem złączając przy tym brwi. Usiadłem w innej pozycji.
- Przenieśli się do Londynu, a my raczej nie chcemy, żeby ktoś zajął nasz teren, prawda? – wytłumaczył Luke. 
- No nie. – powiedziałem krótko. – Ale nic o nich nie wiemy. Nikt nie wie. – spojrzałem na Jasona.
- Owszem nikt, ale my chociaż wiemy kto jest ich przewodniczącym. – kontynuował Luke.
- A czy oni przypadkiem nie są znani najbardziej z tego, że nie przedstawiają tego prawdziwego ich szefa? – zapytał Lil. Skinąłem głową.
- Tak. I my właśnie wiemy kto to. – schował dłoń do kieszeni i po chwili wyjął ją z zdjęciem. – Niejaka Julie Jackson.
- Kto?! – Liam, Harry, Liam, Louis i ja powiedzieliśmy w tej samej chwili. Nikt inny jak Julie, ta Julie Jackson, z szkoły, nie przyszedł mi na myśl i chłopakom pewnie też nie. Kiedy Luke położył zdjęcie na stoliku, wtedy dopiero mogłem uwierzyć.
- Czy ty przypadkiem nie pomyliłeś zdjęć? – zapytałem biorąc fotkę. Luke kiwnął przecząco głową. Chłopcy wpatrywali się to raz we mnie, to w fotkę z wystrzeżonymi oczami lub otwartą buzią.
- Na początku też nie mogliśmy w to uwierzyć. Dość, że to dziewczyna i to siedemnastoletnia, to jeszcze ma pod sobą taki gang, że … No po prostu trudno w to uwierzyć. – spojrzałem na Luka.
- Co ty pierdolisz, znam tą dziewczynę. – wstałem z fotela. – Przecież to taka ciamajda i cicha osoba, że wątpię.
- Bo ma taką udawać. Skąd się przeprowadziła? – zapytał Luke.
- Z San. – odpowiedział mu Harry.
- Tak. Skąd znany jest Red Devils? Z San, tak. Czy jej brat przypadkiem nie ma na imię Ryan, jeden z jej kolegów Dominick, Michael, czy może Niall i Zayn? – zapytał.
- Kojarzę brata. – znowu odpowiedział Harry. Stałem tylko i słuchałem. No po prostu byłem zszokowany. Nie mogłem uwierzyć. Przecież ta dziewczyna na taką nie wygląda.  Że ona mnie jeszcze nie zabiła za to wszystko co jej robiłem. Przecież ona jest taką kruchą dziewczynką, malutką. Że niby jak ona sobie poradziła z wszystkimi jej ofiarami? To jest niemożliwe.
- Więc Justin, chyba nie jest dla ciebie to żaden problem, żeby obok niej się tam zakręcić. – spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, za bardzo nie wiedziałem o co mu chodzić.
- Musisz ją po prostu poderwać, rozkochać w sobie. Ona nie będzie wiedziała, że ty wiesz, a nadal będzie udawać, musi ci zaufać, kiedy się już to stanie, skończysz z nią. – wytłumaczył szybko Jason. Patrzyłem na niego jak na idiotę.
- Co to znaczy skończysz? – zapytałem.
- Zabijesz ją. 


***
Hej :) 
Szczęśliwego Nowego Roku, życzę wam wszystkim. :)
Nie wiem co myślicie o blogu, o tym opowiadaniu. Nie odzywacie się, nie piszecie, nie wiem czy go skończę, bo chyba nie ma już dla kogo.