sobota, 22 marca 2014

Przepraszam. ;c

Chciałam przeprosić czytelników (o ile jacyś byli), ale zrezygnowałam z tego opowiadania. Wydawało mi się nie przemyślane od początku, tzw: flaki z olejem. ;c
Zapraszam na nowego, który ma całkiem inną fabułę. :)
Zapraszam!
new-yorklove.blogspot.com/

sobota, 11 stycznia 2014

Part.10 †



Usłyszałam dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek. Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała się postać. Przybrałam pozycję siedzącą.
- Julie? – usłyszałam szept. Oświeciłam lampkę, która stała na szafce nocnej. Moim oczom ukazał się Jake. Chłopak z wyścigów i znajomy, znamy się już długo. 
- Jezus Maria. Czy Cię kompletnie człowieku pogięło? – zapytałam oburzona. – Cholero co ty robisz o trzeciej w nocy w moim pokoju? – kontynuowałam.
- Musisz mi pomóc. Oni mnie.. zabiją. – powiedział zrezygnowany.
- Co ty pieprzysz? – zapytałam marszcząc przy tym brwi.
- Pomóż mi, ja sobie sam z nimi rady nie dam. – powiedział kiwając przy tym przecząco głową. Głośno westchnęłam. Nic więcej nie mówiąc wstałam. Ubrałam na siebie dżinsy i ciepłą kurtkę. Byłam gotowa by iść.
- Weź broń. – wyszeptał. Spojrzałam na niego pytająco. Byłam pewna, że chodzi mu o wyścig. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej walizkę. Położyłam ją na łóżku. Wzięłam kilka nabojów i schowałam broń do spodni.
- Nie wiem w co mnie wplątujesz, ale zapłacisz mi za to. – schowałam walizkę. Chłopak od samego początku wyglądał na przestraszonego. Niecierpliwie czekał przed oknem.
- Pogięło cię, jeżeli myślisz, że wyjdę przez okno. – zaśmiałam się. – Chodź. – dodałam. Nie wiem w co się pakuję, ale jeżeli ktoś prosi mnie o pomoc, to bez zbędnych pytań staram się to zrobić. Wyszłam na korytarz i przysłuchałam się, czy może jeszcze chłopcy nie patrzą na film, a wiem że są w stanie. Kiedy nic nie słyszałam, ręką dałam znać Jakowi, że ma podejść. W ciszy zeszliśmy po schodach i wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do jego samochodu i z piskiem opon ruszyliśmy.
- Możesz mi powiedzieć w jakie gówno się wpakowałeś? – zapytałam wpatrując się w niego.
- Przegrałem jeden wyścig o dziesięć tysięcy złotych. – na końcu ściszył, popatrzyłam na niego i wyszczerzyłam oczy. – Nie miałem tyle, więc pożyczyłem od nich i …
- I nie oddałeś im do tej pory. Dzisiaj jest ostateczny termin. – dokończyłam za niego. Jake skinął tylko głową. – Ach jak można być tak głupim, idioto? – zapytałam, a moja głowa lekko uderzyła o zagłówek. – Przecież, nie zakładam się o sumę, której nawet nie mam. – powiedziałam, ale czułam, jak bym mówiła do jakieś kukły, lub dziecka w przedszkolu. Znowu westchnęłam głośno i przymknęłam powieki. No po porostu nie wierzę w taką głupotę ludzi. Dość, że gość nie jest mistrzem w wyścigach, to jeszcze kasy nie ma. Zdaje mi się, że ten który się zakładał, dobrze o tym wiedział, dla niego to następny zarobek, naiwnością głupich.
Po 10 minutach, znaleźliśmy się w jakimś ponurym miejscu. Odciętym od świata, wokoło były same pola, a obok lasu stał mały magazyn. W środku świeciło się światło, było je widać przez jedno, małe okienko. Naokoło stały dwa samochody. Wyszłam z samochodu i wpatrywałam się, obmyślając przy tym jakiś plan. Nie wiem, czy dam sobie sama radę.
- Idziemy? – zapytał Jake, kiedy tylko znalazł się obok mnie.
- Nie mogę tam z tobą wejść. – powiedziałam. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Nie mogą mnie zobaczyć, mam lepszy pomysł, chodź. – ruszyłam przed siebie. Cicho weszliśmy do środka, rozejrzałam się. Pokazałam palcem, w którą stronę idę i w, którą stronę ma iść chłopak. Skinął głową i poszedł, tak też zrobiłam ja. Po paru minutach znalazłam odpowiednie miejsce, gdzie mogłam spokojnie stać i gdzie miałam widok na Jake’a i tych czterech innych. Gdzieś już ich widziałam i zdaje mi się, że było to nawet na wyścigach, ale nie byłam pewna.
- Gdzie masz kasę? – usłyszałam niski, ciężki głos. W tym samym czasie wyciągnęłam broń i sprawdziłam ile w niej naboi, akurat było ich cztery. Jake stał i nie odezwał się.
- Kurwa głuchy jesteś?! – krzyknął.
- Nie mam. – Jake odpowiedział. Śmiech rozległ się po magazynie. A echo dodało temu jeszcze większych atrakcji. Zauważyłam, że jeden z nich trzyma dłoń na broni. Więc na cóż ja czekam? Bronią wycelowałam na niego, przytrzymując palec na spuście.
- Nie tak się umawialiśmy. Pamiętasz co ci obiecaliśmy? – podszedł do niego bliżej. Próbowałam przyjrzeć się bardziej, który z nich ma broń. Jak na moje oko, tylko jeden z nich ją miał.
- Pamiętasz?! – krzyknął mu prosto w twarz i uderzył go w brzuch. Jake skurczył się z bólu. Jeden z nich zaczął podnosić broń, w tej samej chwili ja pociągnęłam za spust. Jeden strzał, drugi, trzeci i czwarty. Wszyscy padli. Poczekałam chwilę, by zobaczyć, czy może nie ma jeszcze kogoś w tym pomieszczeniu. Kiedy Jake otrząsnął się już, wybiegł z pomieszczenia. Tak też zrobiłam ja. Wyszłam z magazynu i zobaczyłam siedzącego na trawniku chłopaka.
- Wstawaj i zawieź mnie do domu. – podałam mu rękę.
- Dziękuję. – powiedział ujmując moją dłoń.
- Nic nie mów. – udałam się w stronę samochodu. Nie patrzyłam, czy chłopak idzie za mną, ale słyszałam szmer, a to znaczy, że był tuż za mną.
- Mimo to, muszę ci się jakoś odwdzięczyć. – gadał, a język przy tym mu się plątał i do tego jeszcze porządnie samochodu nie potrafi otworzyć.
- Nie musisz. To była pestka, nic wielkiego. – zaśmiałam się. Już nie z takim czymś sobie poradziłam. Poszli jak kaczki, hah, a to dobre porównanie. Zdarzało się już po więcej ludzi i do tego czasami każdy z nich miał broń, a i tak wychodziłam z tego bez żadnych obrażeń. Nie mam dla mnie rzeczy trudnych i nieosiągalnych. – To była tylko następna dobra zabawa. – powiedziałam wsiadając do samochodu. Wygodnie usiadłam.
- Dla ciebie kolejna zabawa, ja bym się tam posrał. – zachichotał. 
- Jak na razie masz z nimi spokój. – powiedziałam, ale i tak nie byłam pewna swoich słów. Mimo, że zabiłam ich, czego nawet nie jestem pewna. To nie znaczy, że ich jest tylko czwórka i że tamci nie będą wiedzieć z kim w tym czasie mieli się spotkać. Cóż wtedy będzie jeszcze lepsza zabawa. Zaśmiałam się w myślach.
Po 15 minutach byliśmy już przy moim domie. Pożegnałam się z chłopakiem i weszłam do środka. Cicho zamknęłam drzwi i też po cicho chciałam udać się do pokoju i położyć się wreszcie do łóżka.
- Gdzie byłaś? – usłyszałam głos, aż podskoczyłam. Przestraszyłam się, a przecież to był tylko Bruce.
- Przejść się byłam,  nie umiałam spać. – powiedziałam i przyglądałam się mężczyźnie, który przybliżał się do mnie. Sięgnął ręką do mojej tylnej kieszeni i wyciągnął z niej broń.
- Z tym? – przedstawił mi ją pod nos.
- Chciałam czuć się bezpiecznie. – powiedziałam, nie wiem czemu ale byłam pewna, że mi uwierzy. 
- Nie pierdol głupot. Zawsze śpisz jak zabita, dobudzić cię czasami nie można, jako pierwsza konałaś tu na kanapie, a później spać nie umiałaś? Dziwne, po za tym nigdy nie wychodzisz z bronią. – zapadła między nami cisza. – Gdzie byłaś? – zapytał ponownie.
- Nigdzie. – odpowiedziałam nie spoglądając mu w oczy.
- Spójrz na mnie. – w jego głosie można było dostrzec nutkę zdenerwowania. – Spójrz na mnie - powtórzył. Spojrzałam mu w oczy.
- Ilu się pozbyłaś? – zapytał.
- Czterech. – prawie wyszeptałam.
- Boże… - wyszeptał i spojrzał na sufit. – Idź spać. – powiedział i odwrócił się ode mnie. Byłam już w połowie schodów, kiedy dodał.
- Jutro porozmawiamy.
Skinęłam tylko głową. Weszłam do pokoju. Nie chciałam teraz zakrzątać sobie głowy, tym wszystkim, więc zrzuciłam z siebie ciuchy i położyłam się.

***
Dzień zaczął się beznadziejnie. Nie wyspałam się! A jeżeli Julia się nie wyśpi, jest bardzo źle. Lepiej się do mnie nie zbliżaj i omijaj szerokim łukiem. Szkoła, denerwujący ludzie i do tego dochodzi rozmowa z Brucem. Nie no po prosto pozazdrościć. Czekałam na taki dzień, kiedy to wszystko będzie mnie cholernie wkurwiać, bo inaczej nie można powiedzieć. Grr. W sumie to ja nawet nie miałam ochoty dzisiaj iść do tej szkoły. Mimo tego, że nauczyciele doprowadzą mnie do tego, że będę miała białą gorączkę to jakoś da się wytrzymać, ale z powodu Justina. Kiedy tylko o nim pomyślę, skręca mnie w żołądku, jak bym się czegoś bała lub denerwowała.  Nie wiem, czy ma zamiar pokazać się dzisiaj w szkole, nie chodził już cały tydzień, czy teraz zachce mu się przyjść. Wątpię.
Przekroczyłam próg szkoły. I od razu ode chciało mi się żyć. Moje życie zostało po drugiej stronie.
- Hej Julie. Widziałaś Rox? – podbiegła do mnie Ashley z uśmiechem od ucha do ucha.
- Nie. Nie przychodziła dzisiaj ze mną. – powiedziałam podchodząc do mojej szafki.
- Hej Słońce. – usłyszałam bardzo znane mi głosy. Odwróciłam się. Od razu rzuciłam się na Davida i Austina. Nie powiem tęskniłam za nimi.
- Co ty taka? Źle się czujesz? – zapytał mnie David.
- Nie. – uśmiechnęłam się. – Nie wyspałam się. – nagle poczułam uderzenie w ramie.
- Uważaj… - powiedziałam spoglądając na osobę, która mnie popchnęła. Mój żołądek obrócił się o 180o. Był to Justin. Popatrzył tylko na mnie znienawidzonym wzrokiem i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu to. Popatrzyłam na Louisa, ale ten odwrócił zaraz wzrok.  Czyli wrócił dawny Bieber. Poczułam jak by moja klatka piersiowa kurczyła się, opadła. Skręcało mnie w brzuchu, a do oczu napłynęły łzy. Ocknęłam się i z powrotem wróciłam do szafki, próbowałam powtrzymać łzy, nie chciałam, żeby widział ktoś, a mianowicie Dav, austin i Ashley, że jakoś bardzo mnie to zabolało.
Nie rozumiem jedynie jego zachowania, przecież było dobrze.
Zatrzasnęłam szafkę.
- Idziemy. – David objął mnie ramieniem.


Wszystkie lekcje minęły mi okropnie.  W jednej klasie z Justinem, hah, trudno, żeby tak nie minęły.
Ja nie wiem czego ten człowiek chce od świata. Raz jest miły, a raz nie. Raz przeprasza, a za chwilę robi to samo. Raz lubi, a raz nienawidzi. Gorzej niż baba w ciąży.
Postanowiłam od dzisiaj nie przejmować się Justinem. Wiem sama siebie oszukuję.
- Julie. – z jakiegoś transu wyrwała mnie Rox, która stała przede mną. – Idziemy? – zapytała.
- Tak. – uśmiechnęłam się lekko. W ciszy wyszłyśmy z szkoły. Zimne powietrze pogłaskało mnie po twarzy.
- Dobrze się czujesz? – zapytała brunetka wpatrując się we mnie.
- Nie wyspałam się. – odpowiedziałam. Dziewczyna skinęła tylko głową, popatrzyłam na nią i uśmiechnęłam się tylko.
- To opowiadaj jak tam ten Harry. – powiedziałam. Dziewczynie od razu, gdy tylko powiedziałam jego imię rozpromieniła się buźka.
- No to. …

Justin’sPOV

- Bieber, kurwa chuju. Podnieś dupę i otwórz te jebane drzwi. – Harry krzyknął z góry. Wywróciłem oczami. W końcu ktoś się dobija już trzeci raz. Podszedłem, palcami przeczesałem włosy. Otworzyłem drzwi i normalnie oczom nie mogłem uwierzyć.
- Nie spodziewałeś się tu nas, prawda? – przed drzwiami stał Luke. Szef mafii „Scorpions”. Co za denna nazwa. Nienawidzimy ich, a oni nas, nie mam pojęcia czego oni tutaj szukają.
- No chyba nawet wyraziłem się jasno, że nie chcę was widzieć na oczy? – każde moje słowo przeszywał jad. Za mną stanął Jason.
- Wchodźcie. – zaprosił ich do środka.
- Co do kurwy … - zacząłem zaskoczony jego reakcją.
- Spokojnie Bieber. Zaraz wszystko wyjaśnimy. – uspokajał mnie. – Siadaj. – wskazał ręką na fotel. Posłuchałem go i usiadłem, chciałem wiedzieć co to takiego znowu ważnego, że nawet ci idioci muszą tutaj być. Chłopcy też do nas dołączyli. Wyglądali bynajmniej jak by widzieli duchy, byli tak samo zdziwieni jak ja.
- Znacie Red Devils, prawda? – Jason zapytał i spojrzał na każdego z nas z osobna.
- Kto nie zna? Przecież to co oni robią, to przecież.. boah … nie wyobrażalne, chciałbym chociaż w połowie umieć to co oni. – odpowiedział Liam. Ten jak zawsze wszystko wyolbrzymia. No nie powiem, są dobrzy, ale nie zaraz znakomici.
- Właśnie. To chociaż masz okazję się z nimi zmierzyć. – spojrzałem na Jasona zaskoczony tym co przed chwilą usłyszałem. 
- O co ci teraz chodzi? – zapytałem złączając przy tym brwi. Usiadłem w innej pozycji.
- Przenieśli się do Londynu, a my raczej nie chcemy, żeby ktoś zajął nasz teren, prawda? – wytłumaczył Luke. 
- No nie. – powiedziałem krótko. – Ale nic o nich nie wiemy. Nikt nie wie. – spojrzałem na Jasona.
- Owszem nikt, ale my chociaż wiemy kto jest ich przewodniczącym. – kontynuował Luke.
- A czy oni przypadkiem nie są znani najbardziej z tego, że nie przedstawiają tego prawdziwego ich szefa? – zapytał Lil. Skinąłem głową.
- Tak. I my właśnie wiemy kto to. – schował dłoń do kieszeni i po chwili wyjął ją z zdjęciem. – Niejaka Julie Jackson.
- Kto?! – Liam, Harry, Liam, Louis i ja powiedzieliśmy w tej samej chwili. Nikt inny jak Julie, ta Julie Jackson, z szkoły, nie przyszedł mi na myśl i chłopakom pewnie też nie. Kiedy Luke położył zdjęcie na stoliku, wtedy dopiero mogłem uwierzyć.
- Czy ty przypadkiem nie pomyliłeś zdjęć? – zapytałem biorąc fotkę. Luke kiwnął przecząco głową. Chłopcy wpatrywali się to raz we mnie, to w fotkę z wystrzeżonymi oczami lub otwartą buzią.
- Na początku też nie mogliśmy w to uwierzyć. Dość, że to dziewczyna i to siedemnastoletnia, to jeszcze ma pod sobą taki gang, że … No po prostu trudno w to uwierzyć. – spojrzałem na Luka.
- Co ty pierdolisz, znam tą dziewczynę. – wstałem z fotela. – Przecież to taka ciamajda i cicha osoba, że wątpię.
- Bo ma taką udawać. Skąd się przeprowadziła? – zapytał Luke.
- Z San. – odpowiedział mu Harry.
- Tak. Skąd znany jest Red Devils? Z San, tak. Czy jej brat przypadkiem nie ma na imię Ryan, jeden z jej kolegów Dominick, Michael, czy może Niall i Zayn? – zapytał.
- Kojarzę brata. – znowu odpowiedział Harry. Stałem tylko i słuchałem. No po prostu byłem zszokowany. Nie mogłem uwierzyć. Przecież ta dziewczyna na taką nie wygląda.  Że ona mnie jeszcze nie zabiła za to wszystko co jej robiłem. Przecież ona jest taką kruchą dziewczynką, malutką. Że niby jak ona sobie poradziła z wszystkimi jej ofiarami? To jest niemożliwe.
- Więc Justin, chyba nie jest dla ciebie to żaden problem, żeby obok niej się tam zakręcić. – spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, za bardzo nie wiedziałem o co mu chodzić.
- Musisz ją po prostu poderwać, rozkochać w sobie. Ona nie będzie wiedziała, że ty wiesz, a nadal będzie udawać, musi ci zaufać, kiedy się już to stanie, skończysz z nią. – wytłumaczył szybko Jason. Patrzyłem na niego jak na idiotę.
- Co to znaczy skończysz? – zapytałem.
- Zabijesz ją. 


***
Hej :) 
Szczęśliwego Nowego Roku, życzę wam wszystkim. :)
Nie wiem co myślicie o blogu, o tym opowiadaniu. Nie odzywacie się, nie piszecie, nie wiem czy go skończę, bo chyba nie ma już dla kogo. 
 

 

 

sobota, 28 grudnia 2013

Part.9 †



Głośno westchnął, zdawało się jak by przy nas cały czas to robił.
- Dobrze, jeżeli tak to wam powiem. – ściągnął okulary i przewiesił je sobie na kieszeni, która znajdowała się w miejscu serca, na fartuchu. Wyglądał jak by chciał powiedzieć nam coś strasznego. Z nerwów aż skręciło mnie w brzuchu. – Wszystko z nim  w porządku. – wydusił w końcu. Runęła ze mnie cała niepewność i ulga ogarnęła moje ciało. - Rękę trzeba było zszyć i ma ją w szynie, rana na głowie nie była tak głęboka jak się zdawało, została zaopatrzona, po za wieloma siniakami, jest  z nim wszystko w porządku. – powiedział tak jakby od niechcenia.  Każdy wypuścił swobodnie powietrze, które przetrzymywali w sobie od kiedy lekarz w ogóle otworzył usta.
- Przepraszam. – usłyszeliśmy damski głos. Justin i Liam gwałtownie się odwrócili. Z Sali wyszła pielęgniarka, która nie mogła przejść, bo chłopcy zastawili jej drogę. Bieber i Payne grzecznie się odsunęli. Starsza kobieta podziękowała im. Teraz dopiero zauważyłam, że za nią kryła się jeszcze jedna dziewczyna. Młoda, blondynka, wyglądała na speszoną.
To już wiem dlaczego Justina ciągle się tam patrzył. Mój brzuch zawirował, tak jakbym się zdenerwowała, lub bała się czegoś. Znałam te uczucia, ale w tym momencie nie było powodu, by je doznać. Spuściłam głowę.
- Em, możemy wejść do niego? – wyrwał Liam.                                                                                                                                                      
- Tak. Możecie go nawet wziąć do domu. – wypowiedział ostatnie słowa, już odchodząc od nas. Zmroziłam go wzrokiem, ugh nienawidzę takich typów. Myślą, że potrafią komuś uratować życie i robią z siebie jakiś super bohaterów.
- Julie, idziesz? – usłyszałam głos Rox. Dopiero teraz zauważyłam, że siedzę sama, wszyscy zdążyli już wejść do pokoju. Nie odpowiadając jej wstałam, spojrzałam na nią i lekko się uśmiechnęłam, na co ona odpowiedziała mi tym samym. Weszłam do pokoju, chłopcy już zdążyli się przywitać.
- I jak się czujesz? – zapytał Harry.
- Jest okay, po za tym, że wszystko mnie boli. – zaśmiał się Louis.– Lepiej mi powiedzcie co z wami. – spojrzał na Rox i Harryego.
- W porządku. To Ty tutaj jesteś najbardziej poszkodowany, a pytasz jak my się czujemy. Jak widzisz stoimy tutaj cali, więc nie ma obawy.
- Co z ręką? – zapytał i skinął głową na rękę Rox.
- Poobijana tylko, nic więcej. – dziewczyna uśmiechnęła się  przyjaźnie, Louis odwzajemnił uśmiech i wstał.
- Ja chcę do mojego łóżka. – Lou powiedział rozpaczliwie, po czym wybuchnął śmiechem. Atmosfer się trochę rozluźniła.
Wszyscy udaliśmy się do wyjścia. Nagle dźwięk mojego telefonu, rozległ się po korytarzu. Wyciągnęłam go i przejechałam kciukiem, by go odblokować. Nowa wiadomość.

Od: Ryan x
„Wróć do domu. Pilne.”

Wywróciłam oczami. Nie wiem  czego chce, ale jak pisze, że pilne, to znaczy, że natychmiast mam być w domu. Schowałam telefon do kieszeni i podeszłam do Justina, który stał i się mi przyglądał.
- Julie. – zaczął. Nie spojrzałam na niego, czułam się dziwnie, w tej chwili moje Vansy wydawały się bardziej interesujące. – Masz może ochotę na croissanta z czekoladą? Znam znakomite miejsce, gdzie takie podają. – zapytał podchodząc do mnie bliżej. Kiwnęłam przecząco głową. Spojrzałam na niego, jego mimika twarzy, aż prosiła bym wytłumaczyła dlaczego nie chce udać się z nim na śniadanie.
- Chętnie, ale nie mogę Justin. Ryan prosi bym wróciła do domu, to coś ważnego. – powiedziałam. Justin podrapał się po szyi.
- Um, no okay. To chodź, odwiozę cię. – nie spoglądając na mnie, udał się do samochodu. Niechętnie poszłam za nim.
Jakoś nie miałam ochoty wracać do domu, nie miałam ochoty opuszczać Justina, w jego towarzystwie zaczynałam czuć się dobrze i jak do tej pory najlepiej. Ale Bóg widocznie codziennie wymyśla mi inny scenariusz, niż ja bym chciała.
W ciszy wsiedliśmy do samochodu i też w ciszy dojechaliśmy pod mój dom. Czułam się dziwnie, było mi strasznie smutno. Gdy Justin już zatrzymał samochód, mogłam swobodnie wyjść. Za nim zamknęłam drzwi, postanowiłam się jeszcze do niego odezwać.
- Dziękuję. – powiedziałam jak najsłodziej potrafiłam. Chłopak nie spojrzał na mnie, wpatrywał się przed siebie. Przygryzłam dolną wargę, nic więcej nie mówiąc zamknęłam drzwi i udałam się do domu. Za nim weszłam do środka spojrzałam jeszcze raz za siebie. W tej samej chwili Justin ruszył pojazdem i odjechał. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka.
Mój wzrok od razu utkwił na osobie siedzącej z obrzydliwym uśmiechem na kanapie. Zmroziło mnie całą. Miałam ochotę wyjść, żeby tylko nie widzieć tego człowieka. I że niby on był tą pilną sprawą?!
- Hej Julie, kochanie Ty moje. – odezwał się Paul, zaśmiał się przy tym, a jego głos aż zapiszczał w moich uszach. Dlaczego ja go tak bardzo nienawidzę?!
- Daruj sobie. – zamknęłam drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty teraz tam sobie usiąść i zacząć z nim rozmawiać, ale po minie Ryana stwierdziłam, że mam natychmiast tu usiąść. Wzięłam głęboki oddech i usiadłam pomiędzy moim bratem, a Brucem.
- To jak wam się powodzi na nowym terenie?  - zapytał Paul. Miał minę jakby, miał ochotę nasz wszystkich zgwałcić, albo co najgorsze zabić, w czym nie dał by sobie rady.
- Co wiemy to wszyscy są sprawdzeni, w czym problem, by dalej się nami obchodzić? – zapytał Bruce. Paul spojrzał na niego spod łba, po czym odwrócił wzrok i przeniósł go na Dominicka.
- W tym co wiemy to jedna osoba w tym pomieszczeniu nie zdała się na medal, a tym bardziej na bycie w tym gangu. – spojrzał na mnie. – W dodatku nie ma nawet prawa być jednym z przewodniczących. I do tego jest tym, czym jest. A mianowicie dziewczyną.
- I teraz Ci to kurwa cholernie przeszkadza? – zapytał Bruce, a każde słowo przeszywał jad. – Jako jedyni nie przynosimy ci wstydu. Więc, kurwa ogarnij chuja i zastanów się co w ogóle do nas mówisz. Może i jest dziewczyną, ale potrafi więcej niż wszyscy twoi skurwysyni, więc przestań pierdolić głupoty. Może i na twoim pierdolonym tekściku się nie sprawiła, ale zabiła by cię kiwnięciem palca. – prawie wykrzyczał Bruce. Paul spojrzał na niego i wybuchnął szyderczym śmiechem.
- Hah. Ty wiesz co przed chwilą powiedziałeś? – Paul zapytał unosząc przy tym brwi. – Ta mała suka miałaby zabić mnie kiwnięciem palca? – wszyscy, gdy tylko usłyszeli „suka” spojrzeli na Paula znienawidzonym wzrokiem, widziałam już go nie raz. Patrzą tak na swoje ofiary, kiedy już mają ochotę pochować ich dwa metry pod ziemią.  – Prędzej bym ją przeleciał niż ona miała by mnie zabić. – zakończył przedłużając ostatnią literkę, parsknęłam śmiechem.
- To, że Sue i Sashan są dziwkami, to nie znaczy, że ja kurwa dupku, pierdolony, też nią jestem. – powiedziałam to spokojnie z uśmiechem na twarzy, chociaż wrzało we mnie okropnie. Sashan to jedna członkini jego gangu, pełni tam taką samą rolę jak u nas Sue. Nie wiem dlaczego ja się w ogóle go tak boję. Kątem oka widziałam jak Sue zabijała mnie wzrokiem. Ale nawet to jej nie wychodziło. Cóż chociaż w zadowalaniu panów nie musi ze mną konkurować. Nikt jej nie przebije, to wychodzi jej najlepiej.
- Woah, Mała, powoli, nie rozpędzaj się tak. – Paul podniósł dłonie w obronnym geście. – Jak tam w szkole? – zapytał.
- Normalnie jak w szkole. – wzruszyłam ramionami i sięgnęłam po winogrona.
- Jakaś miłość? – zaśmiał się , aż się zakrztusiłam. Spojrzałam na niego pytająco. – No tak tylko pytam, ciekaw jestem.
- Ciekaw? Kuźwa proszę Cię, nigdy się nie pytasz o coś jeżeli nie masz po co. – parsknęłam śmiechem. 
- No tak się zastanawiam, czy też może wie, że robisz to co robisz. – spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Wszyscy nagle patrzyli się raz na mnie, raz na Paula.
- Jeżeli by ktoś był, to z pewnością, by wiedział. – odpowiedziałam nie spuszczając z niego wzroku.
- No pewnie tak. Okay, będę się zbierał. Mam nadzieję, że się przygotowujesz to zadania, Julie? – przesadnie zaakcentował moje imię.
- Pewnie. Kurwa. – ostatnie słowo wypowiedziałam sobie pod nosem. Myśli ogarnęły moją głowę, nawet nie wiedziałam kiedy Paul opuścił nasz dom.
Zastanawiałam się co ten cholerny dupek, każe mi zrobić.
Nie ukrywam naprawdę się tego bałam. Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego, jeżeli by mógł kazał by mi nawet zabić własnego brata. Czego nie zrobiłabym, więc byłabym teraz trupem.
Wstałam, wyciągnęłam jednego papierosa z paczki, która samotnie leżała sobie na stole i wyszłam na taras. Zapaliłam go i zaciągnęłam się. Przytrzymałam dym w płucach, po czym swobodnie go wypuściłam.
- Dawno cię nie widziałem z tym gównem. – odezwał się Niall.
- Miałam dzisiaj ciężki dzień. – powiedziałam krótko i wzięłam następnego bucha. Niall nie zdążył nic powiedzieć, bo wyrzuciłam fajkę i weszłam do środka.
- Jak tam było na namiotach? – zapytał Malik.
- Normalnie, a jak miało być? – zapytałam wzruszając ramionami.
- No ja tam nie wiem. A z kim tam byłaś? – kontynuował.
- A po chuj ci to wiedzieć. – odpowiedziałam idąc w stronę schodów. Nikt więcej się nie odezwał. Czułam wszystkich wzroki na sobie, ale nie zwracałam uwagi. Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam powieki i głośno westchnęłam. Miałam dość dzisiejszego dnia. Wypadek, Justin, Paul, co jeszcze w tym dniu gorszego może mnie spotkać. A przecież zaczął się tak pięknie. Zaczęłam coraz bardziej myśleć o Justinie, siedział mi w głowie dwadzieścia cztery godziny na dobę.  A przecież tyle krzywdy mi wyrządził.
Moje myśli przerwało pukanie do drzwi.
- Czego! -  krzyknęłam poirytowana, no już nie mogę mieć chwili spokoju. Drzwi powoli się otworzyły, a w nich pojawił się ten mały, kochany Irlandczyk. Uśmiechnął się.
- Mogę? – zapytał grzecznie. Odwzajemniłam uśmiech i poklepałam miejsce na łóżku obok siebie, dając mu tym samym znak, że może wejść i ma usiąść.
- Co jest Mała, hmm? Naskoczyłaś tak na Zayna. – spoglądał na mnie tym swoim wzrokiem, którego nie umiałam się oprzeć i on dobrze o tym wiedział. Wiedziałam, że za chwilę przemagluje mnie tak, że wszystko mu powiem.
- Ah zdenerwowałam się. Paul jest cholernym sukinsynem i tylko jak na niego spojrzę to moje ciśnienie dobija do dwustu. – zaczęłam bawić się palcami.
- Jak każdemu. Nie przejmuj się nim. Przecież wiesz jaki jest, wszystko zrobi by nas sprowokować i zdenerwować. – skinęłam głową i przygryzłam dolną wargę, wpatrywałam się w szafkę, która nagle stała się najciekawszą rzeczą w tym pokoju.
- Ale ja widzę, że nie tylko o Paula chodzi. – blondyn wpatrywał się we mnie z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Niall, a o kogo jeszcze mogło by chodzić? – spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. Dlaczego on zawsze musi wiedzieć, że jest jeszcze coś. Ten człowiek potrafi chyba czytać z moich oczu.
- Paul chyba z powodem palnął o tej miłości. Nie? Wie coś czego my nie? – zapytał, a jego jedna brew uniosła się do góry.
- Nie. Przecież jeżeli byłby ktoś to powiedziałabym. – nawet nie spojrzałam na Nialla. Nie mam pojęcia dlaczego go okłamuję.
- Ale ja wiem, że to nie prawda, znam cię. – powiedział. Spojrzałam na niego, jego wzrok był dziwny, taki zmieszany, nie znałam go.
- Niall, jeżeli będę chciała to powiem, ale nie teraz, bo nie ma nikogo, okay? Spotkałam się parę razy z takim chłopakiem, ale nic więcej, widocznie Paul mnie widział, kręci się tutaj. I jeżeli coś będzie to dowiesz się o tym pierwszy. – uśmiechnęłam się do niego lekko. Nadal wpatrywał się we mnie takim zimnym wzrokiem.
- No okay. Chodź tu do mnie, mam ochotę cię przytulić. – uśmiechnął się. Wtuliłam się w jego tors. Oj brakowało mi takiego uścisku.
- Kocham cię, wiesz o tym prawda? – szepnął w moje włosy. Uśmiechnęłam się.
- Tak, ja ciebie też.
- Pamiętaj, jeżeli cię ktoś skrzywdzi, ja skrzywdzę go dziesięć razy bardziej.
- Wiem Niall, pamiętam. – popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się. – Pójdę się wykąpać. – wstałam i podeszłam do szafki.
- Pójdę z tobą. – Niall zaśmiał się.
 - Tak zapraszam. – zachichotałam. Wyciągnęłam potrzebne ciuchy i udałam się w stronę drzwi łazienki, a Niall wyjściowych, obydwoje w tej samej chwili zniknęliśmy za progiem.

***
Tydzień minął bardzo szybko i pracowicie. Próbują zabrać nasze magazyny w San Francisco. Znowu, nie wiem, czy oni tak naprawdę chcą szybko umrzeć, czy jaka cholera?  Idioci. Więc tak jak mówię, trzeba było wszystko uporządkować, zabrać się w końcu do roboty. Ostatnio coś zaniedbałam chłopców. A teraz mam czas żeby się nimi „zająć”. No tak, Justin się do mnie nie odzywa, nawet go przez ten tydzień nie widziałam, Harry i Liam chodzą do szkoły, ale on i Lou nie. Rox spotyka się z Hazzą, Dav i Austin wyrwali jakieś panienki i teraz są zajęci nimi. Zostałam sama. Chociaż w sumie nie, mam chłopców.
- To co dzisiaj robimy? – zapytał Michael, wskakując na kanapę.
- Jakaś imprezka może. Mam ochotę na… sex.  – odezwał się Dominick. Zaśmiałam się tylko.
- Ja odpadam, nie mam ochoty. – powiedziałam nie spuszczając wzroku z ekranu telewizora. Dom spojrzał na wszystkich, ale ci jakoś też nie palili się do zabawy.
- To może Julie ty zrobisz mi tą przyjemność. – zapytał.
- Nie. Bo będzie ci za dobrze, a tak po za tym to nie dasz rady, pięć minut i będzie po sprawie, a mnie takie coś nie interesuje. – utrzymałam poważną minę. Wszyscy wokół mnie chichotali. Dom wziął i rzucił we mnie poduszką. Złapałam ją w locie.
- Uważaj. – spojrzałam na niego. Wstałam i wzięłam pusty kubek i poszłam do kuchni zrobić sobie nową herbatę.
- Prędzej tobie by było za dobrze. – powiedział głośno Dom.
- No co ty, taki mały mnie nie zadowoli. – uśmiechnęłam się triumfalnie. Wszyscy wokół śmiali się. Zazwyczaj tak ze sobą rozmawiamy, wszyscy wiedzą tutaj że to dla żartów, nikt z nikim się nie chce przespać.
Wróciłam do salonu, Dom patrzył na mnie spod łba, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Uśmiechnęłam się do niego, jak najsłodziej umiałam.
- Ty gdzie się tego nauczyłaś? – zapytał.
- Ale, że czego? – zdziwiłam się.
- Tego uśmiechu. Taki inny. – patrzył na mnie z zaciekawieniem.
- Jeżeli żyjesz tyle w kłamstwie, to musisz nauczyć się też nowych rzeczy. – wzruszyłam ramionami, usiadłam wygodnie, opatulona Niallem i Zaynem i oglądałam film.
Po czterech godzinach, zrobiłam się senna. Chłopcy patrzyli na film z takim zainteresowaniem, oni nawet nie mrugali.
- Dobra ja zmykam. – powiedziałam do nich.
- Dobranoc. – powiedzieli równo.
- Dobranoc. – odpowiedziałam i weszłam na górę.

Usłyszałam dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek. Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała się postać. 


***
Hej wszystkim! :) 
Nadal nie wiem co sądzicie, nadal nie zostawiacie nic po sb, żadnej opinii, żadnego komentarza, ale okay. ;c 
Nie wiem, czy ma sens dodawanie dalej rozdziałów. 
Postanowiłam skrócić opowiadanie, prędzej się wszystko wydarzy, niż to zaplanowałam. :) 
Ale nie podaję się dalej pisać. Skończę tego bloga i zaczynam nowego, nie wiem dlaczego, skoro i tak nikt tego nie czyta, ale chyba lubię pisać. I następny będzie inny niż ten. :) 

Kocham tego kogoś, który w tej chwili to przeczytał. Dziękuję :) <3