WITAM!
NOWĄ WERSJĘ OPOWIADANIA THE RED DEVILS ZNAJDZIECIE TUTAJ ------> https://www.wattpad.com/user/shawtyjulie
ZAPRASZAM!
.
piątek, 12 lutego 2016
sobota, 22 marca 2014
Przepraszam. ;c
Chciałam przeprosić czytelników (o ile jacyś byli), ale zrezygnowałam z tego opowiadania. Wydawało mi się nie przemyślane od początku, tzw: flaki z olejem. ;c
Zapraszam na nowego, który ma całkiem inną fabułę. :)
Zapraszam!
new-yorklove.blogspot.com/
Zapraszam na nowego, który ma całkiem inną fabułę. :)
Zapraszam!
new-yorklove.blogspot.com/
sobota, 11 stycznia 2014
Part.10 †
Usłyszałam
dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek.
Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała
się postać. Przybrałam pozycję siedzącą.
- Julie? –
usłyszałam szept. Oświeciłam lampkę, która stała na szafce nocnej. Moim oczom
ukazał się Jake. Chłopak z wyścigów i znajomy, znamy się już długo.
- Jezus
Maria. Czy Cię kompletnie człowieku pogięło? – zapytałam oburzona. – Cholero co
ty robisz o trzeciej w nocy w moim pokoju? – kontynuowałam.
- Musisz mi
pomóc. Oni mnie.. zabiją. – powiedział zrezygnowany.
- Co ty
pieprzysz? – zapytałam marszcząc przy tym brwi.
- Pomóż mi,
ja sobie sam z nimi rady nie dam. – powiedział kiwając przy tym przecząco
głową. Głośno westchnęłam. Nic więcej nie mówiąc wstałam. Ubrałam na siebie
dżinsy i ciepłą kurtkę. Byłam gotowa by iść.
- Weź broń.
– wyszeptał. Spojrzałam na niego pytająco. Byłam pewna, że chodzi mu o wyścig.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej walizkę. Położyłam ją na łóżku. Wzięłam
kilka nabojów i schowałam broń do spodni.
- Nie wiem
w co mnie wplątujesz, ale zapłacisz mi za to. – schowałam walizkę. Chłopak od
samego początku wyglądał na przestraszonego. Niecierpliwie czekał przed oknem.
- Pogięło
cię, jeżeli myślisz, że wyjdę przez okno. – zaśmiałam się. – Chodź. – dodałam.
Nie wiem w co się pakuję, ale jeżeli ktoś prosi mnie o pomoc, to bez zbędnych
pytań staram się to zrobić. Wyszłam na korytarz i przysłuchałam się, czy może
jeszcze chłopcy nie patrzą na film, a wiem że są w stanie. Kiedy nic nie słyszałam,
ręką dałam znać Jakowi, że ma podejść. W ciszy zeszliśmy po schodach i
wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy do jego samochodu i z piskiem opon ruszyliśmy.
- Możesz mi
powiedzieć w jakie gówno się wpakowałeś? – zapytałam wpatrując się w niego.
-
Przegrałem jeden wyścig o dziesięć tysięcy złotych. – na końcu ściszył,
popatrzyłam na niego i wyszczerzyłam oczy. – Nie miałem tyle, więc pożyczyłem
od nich i …
- I nie
oddałeś im do tej pory. Dzisiaj jest ostateczny termin. – dokończyłam za niego.
Jake skinął tylko głową. – Ach jak można być tak głupim, idioto? – zapytałam, a
moja głowa lekko uderzyła o zagłówek. – Przecież, nie zakładam się o sumę,
której nawet nie mam. – powiedziałam, ale czułam, jak bym mówiła do jakieś
kukły, lub dziecka w przedszkolu. Znowu westchnęłam głośno i przymknęłam
powieki. No po porostu nie wierzę w taką głupotę ludzi. Dość, że gość nie jest
mistrzem w wyścigach, to jeszcze kasy nie ma. Zdaje mi się, że ten który się
zakładał, dobrze o tym wiedział, dla niego to następny zarobek, naiwnością
głupich.
Po 10
minutach, znaleźliśmy się w jakimś ponurym miejscu. Odciętym od świata, wokoło
były same pola, a obok lasu stał mały magazyn. W środku świeciło się światło,
było je widać przez jedno, małe okienko. Naokoło stały dwa samochody. Wyszłam z
samochodu i wpatrywałam się, obmyślając przy tym jakiś plan. Nie wiem, czy dam
sobie sama radę.
- Idziemy?
– zapytał Jake, kiedy tylko znalazł się obok mnie.
- Nie mogę
tam z tobą wejść. – powiedziałam. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. – Nie mogą
mnie zobaczyć, mam lepszy pomysł, chodź. – ruszyłam przed siebie. Cicho
weszliśmy do środka, rozejrzałam się. Pokazałam palcem, w którą stronę idę i w,
którą stronę ma iść chłopak. Skinął głową i poszedł, tak też zrobiłam ja. Po
paru minutach znalazłam odpowiednie miejsce, gdzie mogłam spokojnie stać i
gdzie miałam widok na Jake’a i tych czterech innych. Gdzieś już ich widziałam i
zdaje mi się, że było to nawet na wyścigach, ale nie byłam pewna.
- Gdzie
masz kasę? – usłyszałam niski, ciężki głos. W tym samym czasie wyciągnęłam broń
i sprawdziłam ile w niej naboi, akurat było ich cztery. Jake stał i nie odezwał
się.
- Kurwa
głuchy jesteś?! – krzyknął.
- Nie mam.
– Jake odpowiedział. Śmiech rozległ się po magazynie. A echo dodało temu
jeszcze większych atrakcji. Zauważyłam, że jeden z nich trzyma dłoń na broni.
Więc na cóż ja czekam? Bronią wycelowałam na niego, przytrzymując palec na
spuście.
- Nie tak
się umawialiśmy. Pamiętasz co ci obiecaliśmy? – podszedł do niego bliżej.
Próbowałam przyjrzeć się bardziej, który z nich ma broń. Jak na moje oko, tylko
jeden z nich ją miał.
-
Pamiętasz?! – krzyknął mu prosto w twarz i uderzył go w brzuch. Jake skurczył
się z bólu. Jeden z nich zaczął podnosić broń, w tej samej chwili ja
pociągnęłam za spust. Jeden strzał, drugi, trzeci i czwarty. Wszyscy padli.
Poczekałam chwilę, by zobaczyć, czy może nie ma jeszcze kogoś w tym
pomieszczeniu. Kiedy Jake otrząsnął się już, wybiegł z pomieszczenia. Tak też
zrobiłam ja. Wyszłam z magazynu i zobaczyłam siedzącego na trawniku chłopaka.
- Wstawaj i
zawieź mnie do domu. – podałam mu rękę.
- Dziękuję.
– powiedział ujmując moją dłoń.
- Nic nie
mów. – udałam się w stronę samochodu. Nie patrzyłam, czy chłopak idzie za mną,
ale słyszałam szmer, a to znaczy, że był tuż za mną.
- Mimo to,
muszę ci się jakoś odwdzięczyć. – gadał, a język przy tym mu się plątał i do
tego jeszcze porządnie samochodu nie potrafi otworzyć.
- Nie
musisz. To była pestka, nic wielkiego. – zaśmiałam się. Już nie z takim czymś
sobie poradziłam. Poszli jak kaczki, hah, a to dobre porównanie. Zdarzało się
już po więcej ludzi i do tego czasami każdy z nich miał broń, a i tak
wychodziłam z tego bez żadnych obrażeń. Nie mam dla mnie rzeczy trudnych i
nieosiągalnych. – To była tylko następna dobra zabawa. – powiedziałam wsiadając
do samochodu. Wygodnie usiadłam.
- Dla
ciebie kolejna zabawa, ja bym się tam posrał. – zachichotał.
- Jak na
razie masz z nimi spokój. – powiedziałam, ale i tak nie byłam pewna swoich
słów. Mimo, że zabiłam ich, czego nawet nie jestem pewna. To nie znaczy, że ich
jest tylko czwórka i że tamci nie będą wiedzieć z kim w tym czasie mieli się
spotkać. Cóż wtedy będzie jeszcze lepsza zabawa. Zaśmiałam się w myślach.
Po 15
minutach byliśmy już przy moim domie. Pożegnałam się z chłopakiem i weszłam do
środka. Cicho zamknęłam drzwi i też po cicho chciałam udać się do pokoju i
położyć się wreszcie do łóżka.
- Gdzie
byłaś? – usłyszałam głos, aż podskoczyłam. Przestraszyłam się, a przecież to
był tylko Bruce.
- Przejść
się byłam, nie umiałam spać. – powiedziałam
i przyglądałam się mężczyźnie, który przybliżał się do mnie. Sięgnął ręką do
mojej tylnej kieszeni i wyciągnął z niej broń.
- Z tym? –
przedstawił mi ją pod nos.
- Chciałam
czuć się bezpiecznie. – powiedziałam, nie wiem czemu ale byłam pewna, że mi
uwierzy.
- Nie
pierdol głupot. Zawsze śpisz jak zabita, dobudzić cię czasami nie można, jako
pierwsza konałaś tu na kanapie, a później spać nie umiałaś? Dziwne, po za tym
nigdy nie wychodzisz z bronią. – zapadła między nami cisza. – Gdzie byłaś? – zapytał
ponownie.
- Nigdzie.
– odpowiedziałam nie spoglądając mu w oczy.
- Spójrz na
mnie. – w jego głosie można było dostrzec nutkę zdenerwowania. – Spójrz na mnie
- powtórzył. Spojrzałam mu w oczy.
- Ilu się
pozbyłaś? – zapytał.
- Czterech.
– prawie wyszeptałam.
- Boże… -
wyszeptał i spojrzał na sufit. – Idź spać. – powiedział i odwrócił się ode
mnie. Byłam już w połowie schodów, kiedy dodał.
- Jutro
porozmawiamy.
Skinęłam
tylko głową. Weszłam do pokoju. Nie chciałam teraz zakrzątać sobie głowy, tym wszystkim,
więc zrzuciłam z siebie ciuchy i położyłam się.
***
Dzień
zaczął się beznadziejnie. Nie wyspałam się! A jeżeli Julia się nie wyśpi, jest
bardzo źle. Lepiej się do mnie nie zbliżaj i omijaj szerokim łukiem. Szkoła,
denerwujący ludzie i do tego dochodzi rozmowa z Brucem. Nie no po prosto
pozazdrościć. Czekałam na taki dzień, kiedy to wszystko będzie mnie cholernie
wkurwiać, bo inaczej nie można powiedzieć. Grr. W sumie to ja nawet nie miałam
ochoty dzisiaj iść do tej szkoły. Mimo tego, że nauczyciele doprowadzą mnie do
tego, że będę miała białą gorączkę to jakoś da się wytrzymać, ale z powodu
Justina. Kiedy tylko o nim pomyślę, skręca mnie w żołądku, jak bym się czegoś
bała lub denerwowała. Nie wiem, czy ma
zamiar pokazać się dzisiaj w szkole, nie chodził już cały tydzień, czy teraz
zachce mu się przyjść. Wątpię.
Przekroczyłam
próg szkoły. I od razu ode chciało mi się żyć. Moje życie zostało po drugiej
stronie.
- Hej
Julie. Widziałaś Rox? – podbiegła do mnie Ashley z uśmiechem od ucha do ucha.
- Nie. Nie
przychodziła dzisiaj ze mną. – powiedziałam podchodząc do mojej szafki.
- Hej
Słońce. – usłyszałam bardzo znane mi głosy. Odwróciłam się. Od razu rzuciłam
się na Davida i Austina. Nie powiem tęskniłam za nimi.
- Co ty
taka? Źle się czujesz? – zapytał mnie David.
- Nie. –
uśmiechnęłam się. – Nie wyspałam się. – nagle poczułam uderzenie w ramie.
- Uważaj… -
powiedziałam spoglądając na osobę, która mnie popchnęła. Mój żołądek obrócił
się o 180o. Był to Justin. Popatrzył tylko na mnie znienawidzonym
wzrokiem i próbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu to. Popatrzyłam na
Louisa, ale ten odwrócił zaraz wzrok.
Czyli wrócił dawny Bieber. Poczułam jak by moja klatka piersiowa
kurczyła się, opadła. Skręcało mnie w brzuchu, a do oczu napłynęły łzy. Ocknęłam
się i z powrotem wróciłam do szafki, próbowałam powtrzymać łzy, nie chciałam,
żeby widział ktoś, a mianowicie Dav, austin i Ashley, że jakoś bardzo mnie to
zabolało.
Nie
rozumiem jedynie jego zachowania, przecież było dobrze.
Zatrzasnęłam
szafkę.
- Idziemy.
– David objął mnie ramieniem.
Wszystkie
lekcje minęły mi okropnie. W jednej
klasie z Justinem, hah, trudno, żeby tak nie minęły.
Ja nie wiem
czego ten człowiek chce od świata. Raz jest miły, a raz nie. Raz przeprasza, a
za chwilę robi to samo. Raz lubi, a raz nienawidzi. Gorzej niż baba w ciąży.
Postanowiłam
od dzisiaj nie przejmować się Justinem. Wiem sama siebie oszukuję.
- Julie. –
z jakiegoś transu wyrwała mnie Rox, która stała przede mną. – Idziemy? –
zapytała.
- Tak. –
uśmiechnęłam się lekko. W ciszy wyszłyśmy z szkoły. Zimne powietrze pogłaskało
mnie po twarzy.
- Dobrze
się czujesz? – zapytała brunetka wpatrując się we mnie.
- Nie
wyspałam się. – odpowiedziałam. Dziewczyna skinęła tylko głową, popatrzyłam na
nią i uśmiechnęłam się tylko.
- To
opowiadaj jak tam ten Harry. – powiedziałam. Dziewczynie od razu, gdy tylko
powiedziałam jego imię rozpromieniła
się buźka.
- No to. …
Justin’sPOV
- Bieber,
kurwa chuju. Podnieś dupę i otwórz te jebane drzwi. – Harry krzyknął z góry.
Wywróciłem oczami. W końcu ktoś się dobija już trzeci raz. Podszedłem, palcami
przeczesałem włosy. Otworzyłem drzwi i normalnie oczom nie mogłem uwierzyć.
- Nie
spodziewałeś się tu nas, prawda? – przed drzwiami stał Luke. Szef mafii
„Scorpions”. Co za denna nazwa. Nienawidzimy ich, a oni nas, nie mam pojęcia
czego oni tutaj szukają.
- No chyba
nawet wyraziłem się jasno, że nie chcę was widzieć na oczy? – każde moje słowo
przeszywał jad. Za mną stanął Jason.
-
Wchodźcie. – zaprosił ich do środka.
- Co do kurwy
… - zacząłem zaskoczony jego reakcją.
- Spokojnie
Bieber. Zaraz wszystko wyjaśnimy. – uspokajał mnie. – Siadaj. – wskazał ręką na
fotel. Posłuchałem go i usiadłem, chciałem wiedzieć co to takiego znowu
ważnego, że nawet ci idioci muszą tutaj być. Chłopcy też do nas dołączyli.
Wyglądali bynajmniej jak by widzieli duchy, byli tak samo zdziwieni jak ja.
- Znacie
Red Devils, prawda? – Jason zapytał i spojrzał na każdego z nas z osobna.
- Kto nie
zna? Przecież to co oni robią, to przecież.. boah … nie wyobrażalne, chciałbym
chociaż w połowie umieć to co oni. – odpowiedział Liam. Ten jak zawsze wszystko
wyolbrzymia. No nie powiem, są dobrzy, ale nie zaraz znakomici.
- Właśnie.
To chociaż masz okazję się z nimi zmierzyć. – spojrzałem na Jasona zaskoczony tym
co przed chwilą usłyszałem.
- O co ci
teraz chodzi? – zapytałem złączając przy tym brwi. Usiadłem w innej pozycji.
-
Przenieśli się do Londynu, a my raczej nie chcemy, żeby ktoś zajął nasz teren,
prawda? – wytłumaczył Luke.
- No nie. –
powiedziałem krótko. – Ale nic o nich nie wiemy. Nikt nie wie. – spojrzałem na
Jasona.
- Owszem
nikt, ale my chociaż wiemy kto jest ich przewodniczącym. – kontynuował Luke.
- A czy oni
przypadkiem nie są znani najbardziej z tego, że nie przedstawiają tego
prawdziwego ich szefa? – zapytał Lil. Skinąłem głową.
- Tak. I my
właśnie wiemy kto to. – schował dłoń do kieszeni i po chwili wyjął ją z
zdjęciem. – Niejaka Julie Jackson.
- Kto?! –
Liam, Harry, Liam, Louis i ja powiedzieliśmy w tej samej chwili. Nikt inny jak
Julie, ta Julie Jackson, z szkoły, nie przyszedł mi na myśl i chłopakom pewnie
też nie. Kiedy Luke położył zdjęcie na stoliku, wtedy dopiero mogłem uwierzyć.
- Czy ty
przypadkiem nie pomyliłeś zdjęć? – zapytałem biorąc fotkę. Luke kiwnął
przecząco głową. Chłopcy wpatrywali się to raz we mnie, to w fotkę z
wystrzeżonymi oczami lub otwartą buzią.
- Na
początku też nie mogliśmy w to uwierzyć. Dość, że to dziewczyna i to
siedemnastoletnia, to jeszcze ma pod sobą taki gang, że … No po prostu trudno w
to uwierzyć. – spojrzałem na Luka.
- Co ty
pierdolisz, znam tą dziewczynę. – wstałem z fotela. – Przecież to taka ciamajda
i cicha osoba, że wątpię.
- Bo ma
taką udawać. Skąd się przeprowadziła? – zapytał Luke.
- Z San. –
odpowiedział mu Harry.
- Tak. Skąd
znany jest Red Devils? Z San, tak. Czy jej brat przypadkiem nie ma na imię
Ryan, jeden z jej kolegów Dominick, Michael, czy może Niall i Zayn? – zapytał.
- Kojarzę
brata. – znowu odpowiedział Harry. Stałem tylko i słuchałem. No po prostu byłem
zszokowany. Nie mogłem uwierzyć. Przecież ta dziewczyna na taką nie
wygląda. Że ona mnie jeszcze nie zabiła
za to wszystko co jej robiłem. Przecież ona jest taką kruchą dziewczynką,
malutką. Że niby jak ona sobie poradziła z wszystkimi jej ofiarami? To jest
niemożliwe.
- Więc
Justin, chyba nie jest dla ciebie to żaden problem, żeby obok niej się tam
zakręcić. – spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, za bardzo nie wiedziałem o
co mu chodzić.
- Musisz ją
po prostu poderwać, rozkochać w sobie. Ona nie będzie wiedziała, że ty wiesz, a
nadal będzie udawać, musi ci zaufać, kiedy się już to stanie, skończysz z nią.
– wytłumaczył szybko Jason. Patrzyłem na niego jak na idiotę.
- Co to
znaczy skończysz? – zapytałem.
- Zabijesz
ją.
***
Hej :)
Szczęśliwego Nowego Roku, życzę wam wszystkim. :) ♥
Nie wiem co myślicie o blogu, o tym opowiadaniu. Nie odzywacie się, nie piszecie, nie wiem czy go skończę, bo chyba nie ma już dla kogo.
sobota, 28 grudnia 2013
Part.9 †
Głośno
westchnął, zdawało się jak by przy nas cały czas to robił.
- Dobrze,
jeżeli tak to wam powiem. – ściągnął okulary i przewiesił je sobie na kieszeni,
która znajdowała się w miejscu serca, na fartuchu. Wyglądał jak by chciał
powiedzieć nam coś strasznego. Z nerwów aż skręciło mnie w brzuchu. – Wszystko
z nim w porządku. – wydusił w końcu.
Runęła ze mnie cała niepewność i ulga ogarnęła moje ciało. - Rękę trzeba było
zszyć i ma ją w szynie, rana na głowie nie była tak głęboka jak się zdawało,
została zaopatrzona, po za wieloma siniakami, jest z nim wszystko w porządku. – powiedział tak
jakby od niechcenia. Każdy wypuścił
swobodnie powietrze, które przetrzymywali w sobie od kiedy lekarz w ogóle
otworzył usta.
-
Przepraszam. – usłyszeliśmy damski głos. Justin i Liam gwałtownie się
odwrócili. Z Sali wyszła pielęgniarka, która nie mogła przejść, bo chłopcy
zastawili jej drogę. Bieber i Payne grzecznie się odsunęli. Starsza kobieta
podziękowała im. Teraz dopiero zauważyłam, że za nią kryła się jeszcze jedna
dziewczyna. Młoda, blondynka, wyglądała na speszoną.
To już wiem
dlaczego Justina ciągle się tam patrzył. Mój brzuch zawirował, tak jakbym się
zdenerwowała, lub bała się czegoś. Znałam te uczucia, ale w tym momencie nie
było powodu, by je doznać. Spuściłam głowę.
- Em, możemy wejść do niego? – wyrwał Liam.
- Tak.
Możecie go nawet wziąć do domu. – wypowiedział ostatnie słowa, już odchodząc od
nas. Zmroziłam go wzrokiem, ugh nienawidzę takich typów. Myślą, że potrafią
komuś uratować życie i robią z siebie jakiś super bohaterów.
- Julie,
idziesz? – usłyszałam głos Rox. Dopiero teraz zauważyłam, że siedzę sama,
wszyscy zdążyli już wejść do pokoju. Nie odpowiadając jej wstałam, spojrzałam
na nią i lekko się uśmiechnęłam, na co ona odpowiedziała mi tym samym. Weszłam
do pokoju, chłopcy już zdążyli się przywitać.
- I jak się
czujesz? – zapytał Harry.
- Jest
okay, po za tym, że wszystko mnie boli. – zaśmiał się Louis.– Lepiej mi
powiedzcie co z wami. – spojrzał na Rox i Harryego.
- W
porządku. To Ty tutaj jesteś najbardziej poszkodowany, a pytasz jak my się
czujemy. Jak widzisz stoimy tutaj cali, więc nie ma obawy.
- Co z
ręką? – zapytał i skinął głową na rękę Rox.
- Poobijana
tylko, nic więcej. – dziewczyna uśmiechnęła się
przyjaźnie, Louis odwzajemnił uśmiech i wstał.
- Ja chcę do
mojego łóżka. – Lou powiedział rozpaczliwie, po czym wybuchnął śmiechem.
Atmosfer się trochę rozluźniła.
Wszyscy
udaliśmy się do wyjścia. Nagle dźwięk mojego telefonu, rozległ się po
korytarzu. Wyciągnęłam go i przejechałam kciukiem, by go odblokować. Nowa
wiadomość.
Od: Ryan x
„Wróć do domu. Pilne.”
Wywróciłam
oczami. Nie wiem czego chce, ale jak
pisze, że pilne, to znaczy, że natychmiast mam być w domu. Schowałam telefon do
kieszeni i podeszłam do Justina, który stał i się mi przyglądał.
- Julie. –
zaczął. Nie spojrzałam na niego, czułam się dziwnie, w tej chwili moje Vansy
wydawały się bardziej interesujące. – Masz może ochotę na croissanta z
czekoladą? Znam znakomite miejsce, gdzie takie podają. – zapytał podchodząc do
mnie bliżej. Kiwnęłam przecząco głową. Spojrzałam na niego, jego mimika twarzy,
aż prosiła bym wytłumaczyła dlaczego nie chce udać się z nim na śniadanie.
- Chętnie,
ale nie mogę Justin. Ryan prosi bym wróciła do domu, to coś ważnego. –
powiedziałam. Justin podrapał się po szyi.
- Um, no
okay. To chodź, odwiozę cię. – nie spoglądając na mnie, udał się do samochodu.
Niechętnie poszłam za nim.
Jakoś nie
miałam ochoty wracać do domu, nie miałam ochoty opuszczać Justina, w jego
towarzystwie zaczynałam czuć się dobrze i jak do tej pory najlepiej. Ale Bóg
widocznie codziennie wymyśla mi inny scenariusz, niż ja bym chciała.
W ciszy
wsiedliśmy do samochodu i też w ciszy dojechaliśmy pod mój dom. Czułam się
dziwnie, było mi strasznie smutno. Gdy Justin już zatrzymał samochód, mogłam
swobodnie wyjść. Za nim zamknęłam drzwi, postanowiłam się jeszcze do niego
odezwać.
- Dziękuję.
– powiedziałam jak najsłodziej potrafiłam. Chłopak nie spojrzał na mnie,
wpatrywał się przed siebie. Przygryzłam dolną wargę, nic więcej nie mówiąc
zamknęłam drzwi i udałam się do domu. Za nim weszłam do środka spojrzałam
jeszcze raz za siebie. W tej samej chwili Justin ruszył pojazdem i odjechał.
Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka.
Mój wzrok
od razu utkwił na osobie siedzącej z obrzydliwym uśmiechem na kanapie. Zmroziło
mnie całą. Miałam ochotę wyjść, żeby tylko nie widzieć tego człowieka. I że niby on był tą pilną sprawą?!
- Hej
Julie, kochanie Ty moje. – odezwał się Paul, zaśmiał się przy tym, a jego głos
aż zapiszczał w moich uszach. Dlaczego ja
go tak bardzo nienawidzę?!
- Daruj
sobie. – zamknęłam drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty teraz tam sobie usiąść
i zacząć z nim rozmawiać, ale po minie Ryana stwierdziłam, że mam natychmiast
tu usiąść. Wzięłam głęboki oddech i usiadłam pomiędzy moim bratem, a Brucem.
- To jak
wam się powodzi na nowym terenie? -
zapytał Paul. Miał minę jakby, miał ochotę nasz wszystkich zgwałcić, albo co
najgorsze zabić, w czym nie dał by sobie rady.
- Co wiemy
to wszyscy są sprawdzeni, w czym problem, by dalej się nami obchodzić? –
zapytał Bruce. Paul spojrzał na niego spod łba, po czym odwrócił wzrok i
przeniósł go na Dominicka.
- W tym co
wiemy to jedna osoba w tym pomieszczeniu nie zdała się na medal, a tym bardziej
na bycie w tym gangu. – spojrzał na mnie. – W dodatku nie ma nawet prawa być
jednym z przewodniczących. I do tego jest tym, czym jest. A mianowicie
dziewczyną.
- I teraz
Ci to kurwa cholernie przeszkadza? – zapytał Bruce, a każde słowo przeszywał
jad. – Jako jedyni nie przynosimy ci wstydu. Więc, kurwa ogarnij chuja i
zastanów się co w ogóle do nas mówisz. Może i jest dziewczyną, ale potrafi
więcej niż wszyscy twoi skurwysyni, więc przestań pierdolić głupoty. Może i na
twoim pierdolonym tekściku się nie
sprawiła, ale zabiła by cię kiwnięciem palca. – prawie wykrzyczał Bruce. Paul
spojrzał na niego i wybuchnął szyderczym śmiechem.
- Hah. Ty
wiesz co przed chwilą powiedziałeś? – Paul zapytał unosząc przy tym brwi. – Ta
mała suka miałaby zabić mnie kiwnięciem palca? – wszyscy, gdy tylko usłyszeli
„suka” spojrzeli na Paula znienawidzonym wzrokiem, widziałam już go nie raz.
Patrzą tak na swoje ofiary, kiedy już mają ochotę pochować ich dwa metry pod
ziemią. – Prędzej bym ją przeleciał niż
ona miała by mnie zabić. – zakończył przedłużając ostatnią literkę, parsknęłam
śmiechem.
- To, że
Sue i Sashan są dziwkami, to nie znaczy, że ja kurwa dupku, pierdolony, też nią
jestem. – powiedziałam to spokojnie z uśmiechem na twarzy, chociaż wrzało we
mnie okropnie. Sashan to jedna członkini jego gangu, pełni tam taką samą rolę
jak u nas Sue. Nie wiem dlaczego ja się w ogóle go tak boję. Kątem oka
widziałam jak Sue zabijała mnie wzrokiem. Ale nawet to jej nie wychodziło. Cóż
chociaż w zadowalaniu panów nie musi ze mną konkurować. Nikt jej nie przebije,
to wychodzi jej najlepiej.
- Woah,
Mała, powoli, nie rozpędzaj się tak. – Paul podniósł dłonie w obronnym geście.
– Jak tam w szkole? – zapytał.
- Normalnie
jak w szkole. – wzruszyłam ramionami i sięgnęłam po winogrona.
- Jakaś
miłość? – zaśmiał się , aż się zakrztusiłam. Spojrzałam na niego pytająco. – No
tak tylko pytam, ciekaw jestem.
- Ciekaw?
Kuźwa proszę Cię, nigdy się nie pytasz o coś jeżeli nie masz po co. –
parsknęłam śmiechem.
- No tak
się zastanawiam, czy też może wie, że robisz to co robisz. – spojrzał na mnie
zimnym wzrokiem. Wszyscy nagle patrzyli się raz na mnie, raz na Paula.
- Jeżeli by
ktoś był, to z pewnością, by wiedział. – odpowiedziałam nie spuszczając z niego
wzroku.
- No pewnie
tak. Okay, będę się zbierał. Mam nadzieję, że się przygotowujesz to zadania, Julie? – przesadnie zaakcentował moje
imię.
- Pewnie.
Kurwa. – ostatnie słowo wypowiedziałam sobie pod nosem. Myśli ogarnęły moją
głowę, nawet nie wiedziałam kiedy Paul opuścił nasz dom.
Zastanawiałam
się co ten cholerny dupek, każe mi zrobić.
Nie ukrywam
naprawdę się tego bałam. Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego, jeżeli by
mógł kazał by mi nawet zabić własnego brata. Czego nie zrobiłabym, więc byłabym
teraz trupem.
Wstałam,
wyciągnęłam jednego papierosa z paczki, która samotnie leżała sobie na stole i
wyszłam na taras. Zapaliłam go i zaciągnęłam się. Przytrzymałam dym w płucach,
po czym swobodnie go wypuściłam.
- Dawno cię
nie widziałem z tym gównem. – odezwał się Niall.
- Miałam
dzisiaj ciężki dzień. – powiedziałam krótko i wzięłam następnego bucha. Niall
nie zdążył nic powiedzieć, bo wyrzuciłam fajkę i weszłam do środka.
- Jak tam
było na namiotach? – zapytał Malik.
-
Normalnie, a jak miało być? – zapytałam wzruszając ramionami.
- No ja tam
nie wiem. A z kim tam byłaś? – kontynuował.
- A po chuj
ci to wiedzieć. – odpowiedziałam idąc w stronę schodów. Nikt więcej się nie
odezwał. Czułam wszystkich wzroki na sobie, ale nie zwracałam uwagi. Weszłam do
pokoju i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam powieki i głośno westchnęłam. Miałam
dość dzisiejszego dnia. Wypadek, Justin, Paul, co jeszcze w tym dniu gorszego
może mnie spotkać. A przecież zaczął się tak pięknie. Zaczęłam coraz bardziej
myśleć o Justinie, siedział mi w głowie dwadzieścia cztery godziny na
dobę. A przecież tyle krzywdy mi
wyrządził.
Moje myśli
przerwało pukanie do drzwi.
- Czego!
- krzyknęłam poirytowana, no już nie
mogę mieć chwili spokoju. Drzwi powoli się otworzyły, a w nich pojawił się ten
mały, kochany Irlandczyk. Uśmiechnął się.
- Mogę? –
zapytał grzecznie. Odwzajemniłam uśmiech i poklepałam miejsce na łóżku obok
siebie, dając mu tym samym znak, że może wejść i ma usiąść.
- Co jest
Mała, hmm? Naskoczyłaś tak na Zayna. – spoglądał na mnie tym swoim wzrokiem,
którego nie umiałam się oprzeć i on dobrze o tym wiedział. Wiedziałam, że za
chwilę przemagluje mnie tak, że wszystko mu powiem.
- Ah
zdenerwowałam się. Paul jest cholernym sukinsynem i tylko jak na niego spojrzę
to moje ciśnienie dobija do dwustu. – zaczęłam bawić się palcami.
- Jak
każdemu. Nie przejmuj się nim. Przecież wiesz jaki jest, wszystko zrobi by nas
sprowokować i zdenerwować. – skinęłam głową i przygryzłam dolną wargę,
wpatrywałam się w szafkę, która nagle stała się najciekawszą rzeczą w tym
pokoju.
- Ale ja
widzę, że nie tylko o Paula chodzi. – blondyn wpatrywał się we mnie z lekkim
uśmiechem na twarzy.
- Niall, a
o kogo jeszcze mogło by chodzić? – spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
Dlaczego on zawsze musi wiedzieć, że jest jeszcze coś. Ten człowiek potrafi
chyba czytać z moich oczu.
- Paul
chyba z powodem palnął o tej miłości. Nie? Wie coś czego my nie? – zapytał, a
jego jedna brew uniosła się do góry.
- Nie.
Przecież jeżeli byłby ktoś to powiedziałabym. – nawet nie spojrzałam na Nialla.
Nie mam pojęcia dlaczego go okłamuję.
- Ale ja
wiem, że to nie prawda, znam cię. – powiedział. Spojrzałam na niego, jego wzrok
był dziwny, taki zmieszany, nie znałam go.
- Niall,
jeżeli będę chciała to powiem, ale nie teraz, bo nie ma nikogo, okay? Spotkałam
się parę razy z takim chłopakiem, ale nic więcej, widocznie Paul mnie widział,
kręci się tutaj. I jeżeli coś będzie to dowiesz się o tym pierwszy. –
uśmiechnęłam się do niego lekko. Nadal wpatrywał się we mnie takim zimnym
wzrokiem.
- No okay.
Chodź tu do mnie, mam ochotę cię przytulić. – uśmiechnął się. Wtuliłam się w
jego tors. Oj brakowało mi takiego uścisku.
- Kocham
cię, wiesz o tym prawda? – szepnął w moje włosy. Uśmiechnęłam się.
- Tak, ja
ciebie też.
- Pamiętaj,
jeżeli cię ktoś skrzywdzi, ja skrzywdzę go dziesięć razy bardziej.
- Wiem
Niall, pamiętam. – popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się. – Pójdę się
wykąpać. – wstałam i podeszłam do szafki.
- Pójdę z
tobą. – Niall zaśmiał się.
- Tak zapraszam. – zachichotałam. Wyciągnęłam
potrzebne ciuchy i udałam się w stronę drzwi łazienki, a Niall wyjściowych,
obydwoje w tej samej chwili zniknęliśmy za progiem.
***
Tydzień
minął bardzo szybko i pracowicie. Próbują zabrać nasze magazyny w San
Francisco. Znowu, nie wiem, czy oni tak naprawdę chcą szybko umrzeć, czy jaka
cholera? Idioci. Więc tak jak mówię, trzeba
było wszystko uporządkować, zabrać się w końcu do roboty. Ostatnio coś
zaniedbałam chłopców. A teraz mam czas żeby się nimi „zająć”. No tak, Justin
się do mnie nie odzywa, nawet go przez ten tydzień nie widziałam, Harry i Liam
chodzą do szkoły, ale on i Lou nie. Rox spotyka się z Hazzą, Dav i Austin
wyrwali jakieś panienki i teraz są zajęci nimi. Zostałam sama. Chociaż w sumie nie, mam chłopców.
- To co
dzisiaj robimy? – zapytał Michael, wskakując na kanapę.
- Jakaś
imprezka może. Mam ochotę na… sex. –
odezwał się Dominick. Zaśmiałam się tylko.
- Ja
odpadam, nie mam ochoty. – powiedziałam nie spuszczając wzroku z ekranu
telewizora. Dom spojrzał na wszystkich, ale ci jakoś też nie palili się do
zabawy.
- To może
Julie ty zrobisz mi tą przyjemność. – zapytał.
- Nie. Bo
będzie ci za dobrze, a tak po za tym to nie dasz rady, pięć minut i będzie po
sprawie, a mnie takie coś nie interesuje. – utrzymałam poważną minę. Wszyscy
wokół mnie chichotali. Dom wziął i rzucił we mnie poduszką. Złapałam ją w
locie.
- Uważaj. –
spojrzałam na niego. Wstałam i wzięłam pusty kubek i poszłam do kuchni zrobić
sobie nową herbatę.
- Prędzej
tobie by było za dobrze. – powiedział głośno Dom.
- No co ty,
taki mały mnie nie zadowoli. – uśmiechnęłam się triumfalnie. Wszyscy wokół
śmiali się. Zazwyczaj tak ze sobą rozmawiamy, wszyscy wiedzą tutaj że to dla
żartów, nikt z nikim się nie chce przespać.
Wróciłam do
salonu, Dom patrzył na mnie spod łba, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Uśmiechnęłam się do niego, jak najsłodziej umiałam.
- Ty gdzie
się tego nauczyłaś? – zapytał.
- Ale, że
czego? – zdziwiłam się.
- Tego
uśmiechu. Taki inny. – patrzył na mnie z zaciekawieniem.
- Jeżeli
żyjesz tyle w kłamstwie, to musisz nauczyć się też nowych rzeczy. – wzruszyłam
ramionami, usiadłam wygodnie, opatulona Niallem i Zaynem i oglądałam film.
Po czterech
godzinach, zrobiłam się senna. Chłopcy patrzyli na film z takim
zainteresowaniem, oni nawet nie mrugali.
- Dobra ja
zmykam. – powiedziałam do nich.
- Dobranoc.
– powiedzieli równo.
- Dobranoc.
– odpowiedziałam i weszłam na górę.
Usłyszałam
dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek.
Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała
się postać.
***
Hej wszystkim! :)
Nadal nie wiem co sądzicie, nadal nie zostawiacie nic po sb, żadnej opinii, żadnego komentarza, ale okay. ;c
Nie wiem, czy ma sens dodawanie dalej rozdziałów.
Postanowiłam skrócić opowiadanie, prędzej się wszystko wydarzy, niż to zaplanowałam. :)
Ale nie podaję się dalej pisać. Skończę tego bloga i zaczynam nowego, nie wiem dlaczego, skoro i tak nikt tego nie czyta, ale chyba lubię pisać. I następny będzie inny niż ten. :)
Kocham tego kogoś, który w tej chwili to przeczytał. Dziękuję :) <3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)