poniedziałek, 23 września 2013

Ważne! ;\

Ogólnie to hej ! :) 
To tak.
1. Jak widzicie mamy nowy wygląd bloga. Bardzo mi się podoba, mam nadzieję, że wam też. Dziękuje bardzo szabloniarni. :))
2. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie skończyć pisać. Dlaczego?
  •     Brak motywacji. Codziennie wchodzi tutaj paru ludzi. Widzę ile ogląda dany post. A komentarzy jak nie ma tak nie ma. Jest mi przykro, bo kompletnie nie wiem, czy warto to pisać. Nie wiem jaka jest wasza opinia, czy mam sobie może dać z tym spokój, czy może jednak dalej się w to bawić. Nawet nie wiecie jak cieszy mnie chociaż jeden komentarz. Może się powtarzam, ale nie wymagam dużo. Starczy mi jedno słowa: super, fajne, zarąbiste, nudne, takie sobie, skończ z tym, nie podoba mi się. Naprawdę wystukanie parę literek, co zajmie wam minutę, znaczy dla mnie dużo i zachęca mnie do siedzenia trzech godzin nad rozdziałem. Staram się, ale nie wiem, czy przypadkiem czegoś  nie zmienić. ;(
3. Napisałam pod postem, że jeżeli będą chociaż 2 komentarze, dodam następny. Może widzicie tam 5, tak bo jest tyle, ale ani jeden komentarz nie jest na temat rozdziału. ;\ 

Widzę, że nie ma dla kogo pisać, a dla siebie samej? Cóż mogę, ale nie mam z tego żadnej frajdy. 
Ale jeżeli jednak mam dla kogo to zostaw komentarz. Nawet nie wiesz ile mi sprawisz radości. :) 

Pozdrawiam. :) 

poniedziałek, 16 września 2013

Part.2 †

- Mamy kłopot. – wyrwał Bruce. Spojrzałam na niego marszcząc brwi. To rzadkie, żebyśmy mieli kłopoty.
- Jaki? – usiadłam obok Nialla.
- Nie skończyliśmy wszystkich spraw w San i chyba będziemy musieli wyjechać. – Bruce patrzył na mnie nie znanym mi wzrokiem.
- No okay, ale miałam nadzieję, że wszystko jest skończone. – powiedziałam spoglądając na Ryana, bo to on mnie zapewnił, że na pewno wszystko już zakończyłam.
- No tak, ale jednak ktoś zagościł się w naszym magazynie, na co nie pozwolę. – Bruce energicznie pokiwał głową.
- Mhm. Ale to ja też muszę jechać? – zapytałam. Jakoś nie miałam ochoty wracać do San Francisco. Po prostu.
- Wow, myślałem, że właśnie będziesz chciała jechać. – Bruce zdziwił się i spoglądnął na mnie unosząc brwi.
- No, ale mam po co? Dacie sobie radę. Wszyscy jedziecie? – zapytałam spoglądając na Zayna.
- Nie, Dominick i Logan zostają, no i Sue. – odpowiedział Ryan.
- A co mnie ona obchodzi. –splunęłam. – No okay, a kiedy wylatujecie?
- Za trzy godziny. – szybko odpowiedział Brian.
- I dlaczego wy mi to dopiero teraz mówicie? – zapytałam. Powinnam wiedzieć o tym pierwsza.
Bruce tylko podrapał się po głowie, a reszta wpatrywała się w ziemię. – No czekam. – powiedziałam spoglądając na każdego.
- No po prostu zapomniałem. – głupio odpowiedział Bruce.
- Bruce to, że zgodziłam się na to by przez jakiś czas za bardzo nie interesować się sprawami, bo szkoła, bo nauka, ale te ważniejsze rzeczy mógł byś mi mówić. – podniosłam ton i wstałam z kanapy.
- Wiem. Przepraszam. Okay? Tak jakoś wyszło.
- Ta. – wymamrotałam i poszłam do kuchni.

___

- Pa Kochanie. Będę dzwonić, albo pisać. – Ryan przytulił mnie na pożegnanie.
Nie lubię tego. Mimo, że wyjeżdżają na parę dni, to ja i tak będę strasznie tęsknić i będzie mi ich brakować. Za bardzo jestem z nimi związana.
- Jak coś się będzie działo to daj znać, obojętnie o której. Okay? – Bruce podszedł do mnie. Zasalutowałam mu i przytuliłam się do niego, jak i później do reszty. Wsiedli do samochodu i odjechali, pomachałam im jeszcze za nim zniknęli za zakrętem i wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie i zaczęłam zastanawiać się co tutaj dzisiaj zrobić, weekend, a ja znowu spędzę go w domu. Nic nowego.
- Idziesz gdzieś dzisiaj? – Dom przysiadł się do mnie, a za nim przyszedł Logan.
- Nie raczej nie. A co? – zapytałam nawet na nich nie spoglądając, tylko wpatrując się w tv, przełączając z programu na program.
- Bo mój kumpel robi dzisiaj domówkę, wszyscy są zaproszeni.
Hmm. Domówka. Cóż można się wybrać, przecież nie będę cały czas siedzieć w domu. Jeszcze trochę i można będzie mnie odwieź do wariatkowa.
- No okay, o której? – zapytałam wstając z kanapy.
- O 20. – skinęłam tylko głową i poszłam na górę.
Pójdę się wykąpać.
Puściłam wodę, nalałam malinowego płynu do kąpieli i włączyłam radio.
Przyznam nie umiem się kąpać nie słuchając muzyki.
Przy niej mogę  się wyciszyć, zapomnieć chociaż na chwilę o otaczającym mnie świecie.
Większość gangów nie słucha muzyki, albo chociaż się nią nie interesuje.
U nas jest jednak inaczej, każdy z nas ma swój ulubiony rodzaj i każdy z nas czegoś słucha. Niall nawet gra na gitarze. Tak, trudno w to uwierzyć.
Zrzuciłam z siebie ciuchy i weszłam do wanny. Ciepła woda okryła moje ciało.
Tak tego mi brakowało.

Rox’sPOV

- Mówiłem Ci, że masz przestać gapić się na tego dupka! – Kyle poszarpał mnie za rękę.
- Przecież się na niego nie gapię. – powiedziałam prawie płacząc. Oczywiście to nie była prawda. Przyglądałam się Harryemu, ale to wcale nie jest moja wina. Po prostu zapomniałam się. Zapomniałam, że stoję z Kylem, a nie z Julie. Przy niej zawsze się gapię na Harryego, bo przecież on też zawsze obok niej jest, tam gdzie Justin, tam też Harry. A Bieber często się kręci przy Julie.
- Nie gapiłaś?! No proszę Cię, a co takiego robiłaś? Wodziłaś za nim wzrokiem! A Ty mi chcesz wcisnąć, że się na niego nie gapisz! Boże trzymaj mnie. – wykrzyczał mi prosto w twarz. Z moich oczu popłynęły swobodnie łzy. Kocham Kyle’a, ale co mogę za to, że Harry mi się podoba, ten chłopka ma coś w sobie, co mnie tak do niego przyciąga. Nie umiem sobie z tym poradzić.
- Kochanie uspokój się. – wyszeptałam, wycierając przy tym łzy.
- Nie, bo znowu mnie okłamujesz, a wiesz jak tego nie lubię. – powiedział, a jego każde słowo przeszywał jad.
- Wiem i przepraszam. Ja. Po prostu, mam tak czasami, że nie wiem nawet za kim wiodę wzrok, więc nie miej mi tego za złe. – podeszłam do niego. – Kyle? – prawie wyszeptałam.
- Nie! To wszystko przez tą sukę Julie. Udaje świętą, a tak naprawdę to niezłe z niej ziółko.
- O czym Ty mówisz? – zapytałam, zdezorientowana tym wszystkim, co ma do tego Julie, dlaczego nagle na nią przeniósł temat?
- W końcu sama się dowiesz. – zrezygnował z kłócenia się ze mną i udał się przed siebie.
- Kyle, ale czego mam się dowiedzieć? – zawołałam. Kyle stanął na chwilę, w pewnej chwili myślałam, że mnie oleje i pójdzie dalej, ale jednak się odwrócił.
- Naprawdę? Nie wierzę, że jest tak święta jaką udaje. Ludzie z San nie są tacy jak ona. Nie kryją się, tam jest inne życie. A ona co? – zrozumiałam to jak by pytał się mnie, ale ja raczej nie znam na to odpowiedzi. – No właśnie, nie jest takim człowiekiem. I nie. Nie wmawiaj mi, że ona jest inna. Nie, ona jest taka sama, wychowała się tam. To powinno Ci dużo mówić. – odwrócił się na pięcie i poszedł.
Zrobił mi totalny mętlik w głowie. To prawda ludzie stamtąd są inni, nie kryją się z swoim bogactwem, nie są spokojnymi ludźmi. Mieliśmy też kiedyś w szkole takiego typka, był wprost wkurzający. Przechwalał się czym tylko mógł. Ale za to Julie taka nie jest. Jej rodzice śpią na kasie, ale ona jednak nie przechwala się tym.
Eh, dla mnie ona jest innym człowiekiem, bardziej wychowanym.

Julia’sPOV

Po 15 minutach wyszłam. Ubrałam szlafrok i poszłam do pokoju poszukać czegoś do ubrania. Otworzyłam szafę i zaczęłam przeglądać rzeczy, które w niej mam. Jakoś nie umiałam znaleźć czegoś odpowiedniego. Nałożyłam na siebie cztery zestawy i w końcu zdecydowałam się na zwykłe spodenki i koszulkę, a do tego Vansy, może jeszcze wezmę jakiś sweterek, bo tutaj noce o tej porze są chłodne. Włosy zostawiłam rozpuszczone, nałożyłam jeszcze trochę korektora pod oczy, i tusz do rzęs. Spojrzałam ostatni raz w lustro. Okay. Wyglądasz ślicznie. Uśmiechnęłam się sama do siebie i udałam się na dół.
- No nareszcie. Ileż można na Ciebie czekać? – Dom i Logan czekali już przy drzwiach.
- Nie wiedziałam co ubrać. – mówiłam wychodząc z domu.
- Obojętnie i tak będziesz wyglądać ślicznie. –odparł Dominick i otworzył nam samochód.
- Ooo, dziękuję. – uśmiechnęłam się do niego i wsiadłam do Range Rovera.
Ruszyliśmy z piskiem opon. Włączyłam radio, bo bez tego to też nie mogę jeździć normalnie samochodem.
- To kto nie pije? – zapytałam, bo wątpię, że Dominick, nie będzie pił, a ktoś ich do z powrotem musi odwieź.
- No właśnie z tym jest problem. – wyrwał Logan.
- Wiesz chciał bym się czegoś napić, Logan też, ale nie wiem jak Ty i czy dam Ci moje autko. – powiedział wpatrując się w drogę.
- Co masz na myśli? – zapytałam.
- No przy Twoim trybie jeżdżenia.
- Oj marudzisz, jeszcze żyję, a mój samochód też. Więc nie marudź, bo pójdziesz piechotą do domu. – pogłośniłam muzykę, żeby więcej nic nie mówili. Tak też dalszą drogę przejechaliśmy w ciszy.
Dojechaliśmy na miejsce, rozglądnęłam się wokoło i tylko co widziałam to ciemność i krzaki. Spojrzałam tylko na Dominicka pytającym wzrokiem.
- Heh, chodźcie. – prowadził nas jakąś polną drogą, która prowadziła do ogromnego domu. Gdy ujrzałam połowę twarzy z szkoły w pewnej chwili zwątpiłam, no ale cóż teraz się już nie wycofuję. Schowałam się trochę za Domem, żeby ktoś mnie nie poznał i się głupio na mnie nie gapił. Weszliśmy do środka, od razu do Dominicka podszedł ten jego kolega, organizator tej całej domówki. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Boże tu jest prawie cała szkoła i po co ja tu przylazłam.
- To Twoja? – kolega Dom’a skinął głową na mnie.
- Przyjaciółka. – Dom uśmiechnął się patrząc na mnie.
- Oh. Nico jestem, a Ty? – podał mi rękę.
- Julie. – podałam mu swoją.
- Ładnie. A ile masz lat? – zapytała, a na jego twarzy widniał uśmiech od ucha do ucha.
- To akurat nie powinno Cię obchodzić. – popatrzyłam na niego z uśmiechem na twarzy. Przecież nie będę mu mówić ile mam lat.
- Okaaaay. – Nico wycofał się i odszedł do grupki stojącej obok.
- Nie musiałaś być taka nie miła. – Dominick objął mnie w pasie i szepnął na ucho.
- Oh Dom, znasz mnie. – uśmiechnęłam się do niego.
- Julie?! Co Ty tu robisz. – gwałtownie się odwróciłam. Boże, jeszcze ich tutaj brakowało. Przed moimi oczami stanęła Rox i Ashley.
- Em chyba to co Ty. – uśmiechnęłam się do niej i przytuliłam na powitanie.
- No tak. W sumie. Chodź idziemy zatańczyć. Po za tym ładnie wyglądasz. – ciągnąc mnie za rękę, prowadziła do grupki tańczących ludzi, jeżeli to można nazwać tańcem. Ale okay.
Nagle poczułam oplatającą mnie parę rąk, przestraszyłam się trochę.
- Hej, słońce Ty moje. – szepnął mi do ucha. Odwróciłam się, a moje kąciki ust od razu uniosły się do góry. Był to David. – Mam nadzieję, że ze mną zatańczysz? – zapytał, skinęłam tylko głową i zaczęłam tańczyć.
Po pół godzinie musiałam zrobić sobie przerwę.
Miałam wrażenie, że palce mi zaraz odpadną. Bo kuźwa głupi ludzie nie patrzą gdzie idą, tylko depczą wszystkim po stopach.
Wyszłam na dwór, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, bo tam to tylko dym papierosowy i marihuana i poszukać Dom’a, i Logana. Rozejrzałam się wokoło, ale jakoś nigdzie ich nie widziałam. Postanowiłam iść ich poszukać, więc udałam się w stronę ogrodu. Myślę, że tam jest ogród. Mijałam wiele ludzi, nawet nie chcecie wiedzieć co robili, ale chłopków jak nie było, tak nie ma.
- No proszę, kogo ja tu widzę. – usłyszałam śmiechy. Odwróciłam sie i spojrzałam, czy to na pewno było do mnie. Przed oczami pojawił się Justin i jego zgraja kumpli. Mój żołądek fiknął koziołka, zrobiło mi się gorącą. Sama się sobie dziwię. Ale ja tego człowieka nie lubię i jakoś się go boję. Tak jest jedną z niewielu takich osób.
Stałam tam jak sparaliżowana.
Boże co się z Tobą dzieję.
- Oj co się dzieję, czyżby Pani Julie się czegoś bała? – podszedł do mnie z łobuzerskim uśmiechem na twarzy.
- Ja. Em. Muszę iść. – wymamrotałam tylko i próbowałam go ominąć. Jednak nie mogłam. Justin złapał mnie mocno za nadgarstek.
- Auć to boli. – prawie wyszeptałam, a głos na końcu mi się załamał. Nie rozumie co takiego zrobiłam temu człowiekowi. I muszę się teraz z nim użerać.
- I ma boleć suko! – wykrzyczał mi w twarz. – Mnie tak szybko się nie pozbędziesz!
- Zostaw ją. – usłyszałam niski głos, bardzo dobrze go znałam, to Dom.
- Spierdalaj i się nie wtrącaj! – Bieber kontynuował.
Wiedziałam, że to już koniec, że nic nie da rady, by powstrzymać Dominicka, obojętnie co mu powiem. Bieber wypowiedział słowo, które nigdy nie można do mnie powiedzieć, a ja wypowiedziałam słowo, które nigdy nie powinno wypłynąć z moich ust, czyli: auć. Ale musze coś zrobić, bo przecież Dom pójdzie na niego z łapami.
- Nie spierdalaj, dzieciaczku, tylko ją puść i odejdź jak najdalej. I tak już za dużo powiedziałeś i zrobiłeś. – Dom powiedział, jeszcze, spokojnym tonem.
- Dom jest w porządku. – zwróciłam do chłopaka. Justin spojrzał na mnie uśmiechając się i mocniej ścisnął ręką. Syknęłam z bólu, to naprawdę boli.
- Ostatni raz Ci mówię, że kurwa, masz ją zostawić! – Dominick syknął. Czuję, że już nie wytrzymuje.
Justin popchnął mnie tak, że upadłam na ziemie i rzucił się na Dominicka. Chciałam iść i ich odciągnąć, Dominick by mnie posłuchał, ale ktoś złapał mnie w tali i nie chciał puścić. Szarpałam się, wyrywałam, kopałam, ale nic, wszyscy mieli z tego niezłą zabawę, a to powoli nie robiło się śmieszne. Dominick zaczął dominować, przycisnął Justina do podłogi oraz go przysiadł i zaczął okładać go pięściami. Boże zabije go.
W końcu wyrwałam się z czyjegoś uścisku i podbiegłam do nich.
- Dom, proszę Cię zostaw go! – krzyczałam płacząc. Naprawdę nie chce, żaby Dominick znowu się w coś wplątał. Już kiedyś kogoś tak zabił.  – Dominick! – popchnęłam go, ale nic. Co ja mogę tam zrobić. Zrezygnowana usiadłam na ziemi. – Dom, proszę! – krzyczałam. W końcu mnie posłuchał i zszedł z Justina. Szybko do niego podeszłam. Brunet skulił się z bólu i zaczął kaszleć.
- Justin. – wyszeptałam, a łzy płynęły strumieniem z moich oczu.



***
Hej! :)
Chcę coś z wami ustalić. 
W końcu chciałabym wiedzieć kto tak naprawdę czyta, codziennie ktoś wchodzi, ale komentarza nie ma ani jednego. Umówiłam się z wami, że dodam ten rozdział, gdy chociaż będą 2 komentarze, ja naprawdę dużo nie żądam, dla mnie to ważne, nawet nie wiecie jak wtedy uśmiecha mi się buzia, a dla was to minuta. 
Chcę wiedzieć, czy was przypadkiem nie zanudzam, jeżeli już naprawdę nie chce Ci się dodawać komentarza, to chociaż zostaw opinię, jeden klik. 
Naprawdę mina tym zależy. 

Jeżeli chcecie wiedzieć jakie są dalsze przygody bohaterów, zostawcie tutaj +2 komentarze. 
Jeżeli ich nie będzie nie dodam następnego rozdziału. 
Mały szantażyk. :) 





wtorek, 10 września 2013

Part.1 †


Jeszcze dwie lekcje i wreszcie wyjdę z tej zapchlonej głupimi, niedojrzałymi dzieciakami budy. I jeszcze do tego Pan Jonson. Boże zanudza, gadając rzeczy, które nigdy w życiu raczej mi się nie przydadzą.
Bo po co komu fizyka?!
Siedziałam na tej lekcji w połowie zasypiając.
- Ej, Jackson. - usłyszałam szept za sobą. Spojrzałam na Rox, która udawała, że nic nie słyszy. - Jak tam Twój mężczyzna? - zapytał śmiejąc się przy tym, a jego przyjaciel Harry, wraz z nim. Denerwujący człowiek, nie wiem dlaczego on się podoba Rox.
Oh mówię, że Harry denerwujący, ale przy Bieberze to on mały pikuś, ten to już denerwujący do potęgi entej.
- Jaki mężczyzna? - spojrzałam na niego marszcząc przy tym brwi.
- Chris. - znowu się zaśmiał. Kiedyś mu ten uśmieszek z twarzy zmyję.
Co do Chrisa, hmm, to chłopak, no tak przecież nie dziewczyna, który niby się we mnie podkochuje, czy mu się tam podobam, w sumie jedno i to samo. Tylko, że on nie w moim typie. Zdecydowanie. Ale lubię go.
Już chciałam mu odpowiedzieć, ale przerwał mi Pan Jonson.
- Bieber i Jackson, czy ja wam może nie przeszkadzam? - spiorunował nas wzrokiem.
- Tak właśnie. W końcu się domyśliłeś. - odpowiedział mu Bieber.
Boże zabiję go. Jedyne czego mi teraz potrzeba, to kłopotów w szkole i to jeszcze z Jonsonem.
- Proszę wyjść z klasy. - wskazał palcem na drzwi.
Justin wstał i "zasunął" za sobą krzesło i udał się w stronę drzwi.
- Jackson, Ty też. - zmierzył mnie wzrokiem.
- Mam imię! Mógł by się Pan w końcu nauczyć. To nie trudne, to tylko Julia. - wzięłam torbę i zasunęłam za sobą krzesło, bynajmniej spróbowałam zasunąć w spokoju, ale raczej mi się to nie udało.
Jonson stał i patrzył się na mnie nie dowierzanie. Rox też przyglądał sie mi jak bym co najmniej miała pięć głów.
No tak nigdy przedtem tak nie wybuchałam, starałam się. No, ale ileż można? Ileż można wkurwiać człowieka?
Za nim wyszłam z klasy zapytałam jeszcze Jonsona.
- Nie każe mi Pan iść do Dyrektora? Nie? I bardzo dobrze. - uśmiechnęłam się jeszcze do niego i wyszłam. Jak najszybciej udałam się do wyjścia, bo po tej lekcji miał przyjechać Ryan, więc na pewno już będzie czekać.
- Ej, Jackson! - usłyszałam za sobą krzyk. Dobrze wiedziałam kto to.
- Następny nie zna mojego imienia. - gwałtownie się odwróciłam.
- Oj, przepraszam, Julie? Tak chyba na Ciebie mówią, no nie? - Justin stanął przede mną.
- Tak wiem, Ty używasz innego imienia, no nie? Na S. - podkreśliłam.
- Oj, oj. Nie spinaj się. - wywróciłam oczami.
- Musisz z tym skończyć. - jego mina spoważniała, a głos stał się niski.
- Niby z czym? - zapytałam zdezorientowana.
- Z wywracaniem na mnie oczami. - syknął.
- Oh naprawdę Justin? Czego chcesz? - zakrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- No chciałem Ci pogratulować. Taka dziewczyna jak Ty postawiła się nauczycielowi, nie aż tak, no ale jednak. - na jego twarzy zawidniał uśmiech.
- Po prostu mnie wkurzył. - spojrzałam na buty. No niby się zawstydziłam.
Kurczę, jestem dobrą aktorką.
- Tak, tak z pewnością. Aa.. - przerwał mu krzyk.
- Bieber! - z klasy wyszedł Harry, Louis i Liam. Justin się odwrócił.
- Zaraz. - odkrzyknął. - Dobra, to do zobaczenia. - oblizał usta i poszedł do chłopaków.
- Do zobaczenia. - wyszeptałam do siebie. Odwróciłam się na pięcie i poszłam.
Zdążyłam wyjść ze szkoły przed dzwonkiem. Uff, nie będę musiała chociaż teraz słuchać Rox, bo jak będę stała przy Ryanie to nie podejdzie. Nawet nie wiem czemu, zawsze tłumaczy, że nie lubi przeszkadzać. Bla, bla, bla.
Tak jak mówiłam. Czarny Range Rover, stał już na parkingu szkolnym.
- Hej. - przytuliłam Ryana.
- No hej. To tak na szybko Mała. Kto dzisiaj jedzie? - zapytał.
- Do cholery przecież wam mówiłam.
- No wiem, nie denerwuj się. - uśmiechnął się do mnie. – Po prostu kłócę się z Dom'em od ponad godziny, bo mówi, że ja jadę z Brianem, a ja mówię, że on też jedzie. - wytłumaczył.
- Boże. Jedziesz Ty, Brian, Dom i Zayn. Takie trudne do zapamiętania? - wyrzuciłam ręce w powietrze.
- Nie. Nie denerwuj się Kochanie. - uśmiechnął się do mnie i pocałował mnie w policzek. - Do zobaczenia. - przytulił mnie i wsiadł do samochodu.
- Pa. - pomachałam mu jeszcze ręką i poszłam w swoją stronę.
- Ej! Ty! - usłyszałam gwizdnięcie, ale nie zwracałam na to jakieś większej uwagi, bo przecież tyle osób jest teraz w tym samym miejscu co ja, więc to nie musi być akurat do mnie. Nagle wpadłam na kogoś.
- Kurwa, głucha jesteś! - uniosłam wzrok, przede mną stał wysoki blondyn, ręce miał pokryte tatuażami, a twarz piercingiem. Na odległość śmierdziało od niego wódką i marihuaną. Obrzydliwy typ.
- Daj mi fajkę. - powiedział niskim głosem.
- Nie palę. - próbowałam go ominąć, ale złapał mnie za rękę.
- Nie pierdol tylko daj mi fajkę. - ścisnął moją rękę.
- Skąd mam Ci dać, jeżeli nie mam. - wszyscy patrzyli na nas, ale nikt nie raczył mi pomóc.
Bieber pewnie miał z tego niezłą polewkę, bo też się przyglądał. Bardziej ścisnął moją rękę.
- Suka! - wykrzyczał mi w twarz.
- Martinez! - Bieber do niego podszedł i popchnął go tak, że chłopak uderzył plecami w mur. Wziął rąbek jego koszulki i przycisnął mocniej do ściany. Justin zaczął mu coś mówić, ale szeptał tak, że tylko Martinez mógł usłyszeć co on do niego gada. Po chwili blondyn szybkim krokiem wrócił do swojego towarzystwa, a Justin podszedł do mnie.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Tak, dlaczego to zrobiłeś? - spojrzałam w te jego karmelowe oczy. Podszedł do mnie bliżej.
- Bo tylko ja mogę tak do Ciebie mówić. - Wyszeptał mi do ucha, lekko je przygryzając, cichy chichot wydobył się z jego ust, po czym odszedł.
Dupek. No tak, a na co Ty Julia liczyłaś.

Justin'sPOV

Ta Mała jednak czasami umie postawić się nauczycielowi. Nie było to znowu nie wiem jakie, no ale  jak na nią. Dobre.
- Hej Bieber, Martinez przyczepił się do tej Twojej. - odezwał sie Louis.
- Jakiej mojej? - spojrzałem na niego marszcząc przy tym brwi.
- Julie. - skinął głową na nią i Martineza, który szarpał ją za rękę.
No chyba nie.
Usłyszałem jedno słowo "Suka", moje nogi same porwały się do ruchu. Podszedłem do niego i rzuciłem go na ścianę oraz mocno do niej przycisnąłem biorąc jeszcze rąbka jego koszulki. Na odległość śmierdziało od niego wódką i marihuaną.
- Pamiętaj, jeszcze raz do niej tak powiesz, a wiedz o tym, że wiem gdzie mieszkasz. Pff co ja mówię, nie będę się nawet zastanawiać, zabiję Cię na miejscu. - każde słowo wyszeptałem mocno i wyraźnie, tak tylko by on mógł usłyszeć. - Rozumiemy się? - blondyn skinął tylko głową. Puściłem go, a ten szybkim krokiem odszedł do swojego towarzystwa.
Podszedłem do dziewczyny, która stała trochę w lekkim szoku.
- Wszystko w porządku? - zapytałem.
- Tak, dlaczego to zrobiłeś? - zapytała i spojrzała mi w oczy.
Dlaczego? Hmm.. Sam nie wiem. Tak jakoś samo. Co mam jej odpowiedzieć. Wyzywam ją od pojawienia się w tej szkole, a teraz jej pomagam.
Co z Tobą Bieber?
No właśnie!
Ogar!
Podszedłem do niej bliżej.
- Bo tylko ja mogę tak do Ciebie mówić. - wyszeptałem jej w ucho, lekko je przygryzając. Chichot wydobył się z moich ust, po czym odszedłem do chłopaków.

Julia'sPOV

- Julie! Co z Tobą?! - przybiegła do mnie Rox, a za nią Ashley.
- Nic. A co ma być.- poszłam przed siebie.
- Ale.. - przerwała.
- Rox! Chodź! - odwróciłam się w stronę dochodzącego krzyku.  Był to Kyle. Chłopak Rox.
Boże jak ja typa nienawidzę, nie można opisać. Traktuje Rox jak zabawkę, a ona mu za każdym razem ulegnie, no tak nie dziwię się. Jeżeli tego nie zrobi, ma takie piekło, że aż szkoda gadać. Boi się go.
Kyle to typ właśnie takiego pewnego siebie dupka, dogadał by się z Bieberem.  Nie lubi mnie i okazuje mi to przy każdej okazji.
- No chyba mi nie powiesz, że pójdziesz teraz do tego idioty? - zapytałam Rox z pełną irytacją w głosie tak głośno, by ten debil mógł mnie usłyszeć.
- Rox! - znowu zawołał.
- Julie, przepraszam. - popatrzyła na mnie smutnym wzrokiem i pobiegła do niego.
Już bym wolała, żeby była z tym Harrym, skoro jej się podoba.
Boże, Julie co Ty mówisz.
Nie, nie chcesz tego.
Wpatrywałam sie w jak że "idealną" parę, kiedy ktoś mnie popchnął.
- Uważaj jak chodzisz! - wykrzyczałam. On tylko wymruczał jakieś przeprosiny i poszedł dalej.
- Widzę, że jesteś dzisiaj wściekła. - odezwała się Ashley.
- No tak, najpierw Jonson, później Bieber, a teraz Rox, a w sumie Kyle. - odpowiedziałam idąc do szkoły. Weszłam do środka i akurat zadzwonił dzwonek.
Świetnie, następne 45 minut, siedzenia i słuchania głupot.
Maruda ze mnie.

Nareszcie do domu. Próbuję sie dodzwonić do Rox, bo nawet nie przyszła na lekcję, kiedy rzadko się jej to zdarza. To chyba czwarta próba. No nic. Nie, to nie.
Wystukałam ciąg liczb, które otworzyły moją szafkę. Chowałam książki, które nie będę mi potrzebne, kiedy nagle usłyszałam krzyki dobiegające z końca korytarza.
Zamknęłam szafkę i poszłam w tam tą stronę i tak tam musiałam iść.
Kiedy zobaczyłam co tam naprawdę się dzieje. Bez zastanawiania podbiegłam do bijącego się Justina i Chrisa.
- Idioci. Justin zostaw go! - próbowałam odciągnąć go od chłopaka. Wcisnęłam się między nimi i odciągnęłam Justina.
- Mówiłem Ci, żebyś się nie wtrącał! - wykrzyczał. Trzymając ręce na jego klatce piersiowej, czułam jak jego serce zaczyna się uspokajać.
- Hej, Justin już starczy. - brunet popatrzył na mnie z góry. - Chris ile razy Ci mówiłam, że masz zostawić to w spokoju. - odwróciłam się do niego. Na pewno znowu im poszło o mnie.
Chris zawsze "prosi" Justina żeby zostawił mnie w spokoju, później mu dogaduje, a Justin nie lubi, gdy ktoś wtrąca sie w jego sprawy.
- Ale jak on Cię traktuje? - prawie wyszeptał, trzymając rękę przy wardze, by zatamować krew.
- Obojętnie. Okay? Po prostu, nie wtrącaj się już i zostaw to w spokoju. Chodź opatrzę Cię. - podałam mu rękę.
- Nie chcę pomocy. - spojrzał na mnie i poszedł.
- Wielki kurwa obrońca się znalazł! - wykrzyczał jeszcze Justin, za nim Chris zniknął w drzwiach łazienki.
Spojrzałam tylko na Justina smutnym wzrokiem i jak najszybciej opuściłam tą klatkę nie wyżytych ludzi.
Co ja mówię, potworów! ;
Szłam ulicą i przyglądałam się każdemu pięknie zrobionemu domowi.
Na szczęśliwe dzieci, które bawiły się na podwórku z rodzicami, czy dziadkami.
Pamiętam, kiedy babcia była za mną głupia, a dziadek to już nawet nie mówię.
Byłam córką tatusia.
A później wyrzucili mnie z domu.
Hah.
Świetni rodzice.
W sumie też im się nie dziwię, kto normalny chce córkę kryminalistę, no i do tego syna.
Ale nie jesteśmy jedynymi ich dziećmi. Jest jeszcze Luke.
Najmłodszy. Ma piętnaście lat.
Uwielbiałam go, teraz nawet nie wiem jak wygląda.
Czy tęsknie za nimi?
Hmm..
Sama nie wiem.
Czasami jest taki moment, że bardzo chciałabym porozmawiać z mamą, czy przytulić się do taty. Pograć w piłkę z Lukiem. Zawsze to robiliśmy.
A czasami jest tak, że dziękuję im za to, że wyrzucali nas z domu, że mam takie życie, a nie inne.
Wiem głupota. ;
Doszłam już do domu. Byłam wykończona. Weszłam do środka, oczywiście zaraz zostałam przywitana.
- Hej Mała. - zawołał Niall z kanapy.
- Hej Kochanie. - uśmiechnęłam się do niego.
- Hej Julie, jak tam w szkole? - podszedł do mnie Bruce z kubkiem herbaty.
- Nawet nie pytaj. O dla mnie. Dziękuję. - wzięłam kubek, dałam mu całusa w policzek i poszłam na górę.
- Okay zrobię sobie nową. - zaśmiał się.
Weszłam do pokoju i od razu rzuciłam się na łóżko.
Cieszyła mnie ta cisza, mogłam się uspokoić, wyciszyć, dzisiejszy dzień był dziwny. I to bardzo.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
- Boże, czego? - krzyknęłam. Ani chwili spokoju.
Do pokoju wszedł Ryan.
- Zejdź musimy pogadać.
-  O czym znowu? - zapytałam ze złością w głosie i poszłam za Ryanem.
Zeszliśmy po schodach i weszliśmy do salonu, gdzie wszyscy już czekali. 

- Mamy kłopot.


***
I jak się podoba rozdział 1? 
Może jakieś pytania do bohaterów. 
Proszę o jakieś komentarze. ;\ Naprawdę mi na nich zależy, bo wiem co wtedy myślicie i czy w ogóle mam po co go pisać.. 
Może jeżeli będzie chociaż +2 komentarze, dodam dwójkę?
To czekam :)