- Dlaczego mnie tu zabrałeś? –
zapytałam. No wiem, że chce pogadać, ale dlaczego akurat tutaj? Przecież mógł
to zrobić w samochodzie, albo chociaż, jejku nie wiem, zabrać mnie gdzie
indziej. Dlaczego akurat wybrał to miejsce?
- Wszystkie laski tu zabierasz? –
momentalnie ugryzłam się w język. Nie chciałam tego powiedzieć. Justin na mnie
spojrzał, a ja opuściłam głowę na dół. Nie odpowiedział mi, tak ja też więcej
się nie odezwałam.
Zimne powietrze gładziło moją skórę,
na co moje ciało zadrżało. Ubranie spódniczki dzisiaj było złym wyborem. Justin
nadal się nie odzywał, tylko przyglądał się miastu, które tak ładnie się
prezentowało. Oddaliłam się trochę i nadal przyglądałam się chłopakowi, który w
tej chwili usiadł na murku betonowym i wyjął z kieszeni swojej skórzanej
kurtki, paczkę papierosów.
Wyciągnął rękę w moją stronę.
- Chcesz? – zapytał, na co kiwnęłam
przeczącą głową. Mimo tego, ze miałam cholerną ochotę, to przecież nie będę
przy nim palić. Dobra ze mnie dziewczynka, a dobre dziewczynki nie palą. Na
jego twarzy zawidniał uśmiech, wyciągnął jedną fajkę i włożył ją do ust,
przybliżając do niej zapalniczkę. Zaciągnął się i przytrzymał chwilę dym w
płucach, po chwili wypuścił go robiąc przy tym idealne kółko. Też tak potrafię. Ja nadal stałam i
wpatrywałam się w niego, jak w jakiś obrazek.
- Chodź tutaj. – w końcu się odezwał
i wyrwał mnie z jakiegoś transu. Poklepał miejsce obok siebie. Niepewnie
podeszłam do niego i usiadłam na wskazane przez niego miejsce, jednak nie tak
blisko niego. Myślałam, a raczej byłam pewna, że wreszcie zacznie coś mówić,
ale przeliczyłam się, nawet nie próbował otworzyć ust. Wzięłam głęboki oddech.
Wietrzyk znowu połaskotał moja skórę, na co zareagowała tak samo, od razu gęsia
skórka ogarnęła całe moje ciało. Justin zachichotał lekko i podał mi swoją
kurtkę. Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem.
- No weź. – powiedział z uśmiechem na
twarzy.
- A Ty? – zapytałam. Przecież jest
zimno, nie wezmę od niego tej kurtki, jeżeli wiem, że on też będzie marznąć.
- Nie jestem takim zmarzluchem jak
Ty. – zachichotał. Zarzuciłam sobie ją na plecy. – Ja na Twoim miejscu bym ją
ubrał, no ale jak chcesz. – powiedział zaciągając się ostatni raz i wyrzucił
fajkę na ziemie, przygniatając ją Suprą. Posłuchałam go i włożyłam ręce w
rękawy.
- Jesteś pierwszą dziewczyną, którą
tutaj zabrałem. –odpowiedział na moje pytanie zadane jakieś pół godziny temu.
- Przepraszam. – zrobiło mi się
głupio, nawet nie wiem dlaczego tak powiedziałam.
- Nie masz za co, to ja powinienem
Cię przeprosić, zachowałem się jak dupek. Wiem. – podrapał się w tył głowy.
Chyba sobie nawet nie wyobrażam jak trudno było mu się do tego przyznać.
- Może trochę. – popatrzyłam na niego
z lekkim uśmiechem. Przecież jest dupkiem
i to nie trochę.
- Dziękuję. – zachichotał. – Po
prostu, czasami nie wiem co mówię. I później wychodzi to czego nie chcę. –
wytłumaczył. Nic na to nie powiedziałam, bo znam to. Ile razy chłopcy z gangu
powiedzieli to czego nie chcieli w złości. W tym jednak problem, że Bieber nie
jest zły, a i tak mówi mi to co powiedział jakąś godzinkę temu.
- Naprawdę, aż tak mnie nienawidzisz?
–zapytałam spoglądając na niego, ale zaraz odwróciłam wzrok. – Zastanawiam się
tylko dlaczego? Co takiego zrobiła? Dlaczego myślisz, że jestem suką, dziwką,
szmatą? – w gardle utknęło mi powietrze
i ostatnie wyrazy wypowiedziałam prawie piszcząc.
- To wszystko nie tak. – urwał.
- A jak? – zapytałam z ciekawością w
oczach.
- Nie zrozumiesz. – prawie wyszeptał.
- Może jednak. – naciskałam.
- Nie. Okay. Nie chcę o tym mówić. –
jego ton stał się trochę głośniejszy.
- Okay. – opuściłam głowę i
wpatrywałam się w ziemię.
- Chodź odwiozę Cię. – powiedział po
czym wstał.
- Już? Przecież chciałeś pogadać. –
zdziwiłam się.
- Chciałem Cię tylko przeprosić. –
wzruszył ramionami.
- To po co mnie tutaj zabrałeś? –
wstałam.
- Sam nie wiem. – znowu wzruszył
ramionami. – Po prostu chciałem Ci pokazać to miejsce. – nie patrzyłam na
niego, tylko na wschodzące słońce, które dzisiaj wcale nie pokazało co tak
naprawdę potrafi. Dlaczego chciał mi pokazać to miejsce.
- Pokochałaś je, prawda? – zapytał, a
raczej można powiedzieć, że to było stwierdzenie.
Tak, zakochałam się w tym miejscu.
Nie miałam pojęcia, że w Londynie znajdę takie, gdzie mogę zobaczyć widok na
miasto.
– Też je uwielbiam, zawsze tutaj
przychodzę.
- Jeżeli nikogo jeszcze tutaj nie
zabrałeś, to dlaczego ja? – zapytałam. Tak to najbardziej mnie zastanawia.
- Mówiłem, chciałem Ci pokazać to
miejsce. – patrzył na mnie. W sumie nie chciałam takiej odpowiedzi, chyba źle
się zrozumieliśmy, ale nie będę nic więcej mówić.
- To źle zrobiłeś, bo zaczynam je
uwielbiać. – spojrzałam w stronę Justina, ale zastałam tam tylko powietrze.
Nagle poczułam oplatającą mnie parę rąk w talii. W moim brzuchu rozpętała się
trzecia wojna światowa, dosłownie. Oparł swoją głowę o mój bark.
- To teraz to będzie nasze miejsce,
nie moje, tylko nasze. – wyszeptał mi w ucho, a mnie przeszedł przyjemny
dreszczyk. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Chodź zawiozę Cię do domu.
- Nie chcę tam jechać. – prawie
wyszeptałam.
- Dlaczego? – czułam jego oddech na
szyi. Długo nie odpowiadałam na co obrócił mnie w swoją stronę. Nasze klatki
stykały się ze sobą, spojrzałam mu w oczy, teraz dopiero dostrzegłam jego,
wręcz karmelowe tęczówki, na których widok moje kolana zrobiły się jak z waty.
–Hej, dlaczego? – zapytał ponownie.
- Pokłóciłam się z Dominickiem. –
odwróciłam głowę. Poczułam jego ciepłą dłoń na policzku, która odwróciła mnie
tak bym na niego spojrzała.
- To ten jedyny problem? – zapytał
odsuwając rękę. Skinęłam tylko głową. –
Yhym, okay to chodź.
Wyszliśmy z magazynu. Chłopak nagle
się zatrzymał i przeklną sobie pod nosem.
Przy jego samochodzie stało jakiś
dwóch kolesi.
Jeden był wysokim blondynem, miał
wytatuowane całe ręce i był strasznie umięśniony.
Drugi - niewysoki rudzielec,
napakowany sterydami.
Tego drugiego kojarzę, jeździ w
nielegalnych wyścigach, m.in. diler.
Na wylot znam takich typów. Koło
takich to tylko pokręcić dupą, pokazać trochę piersi, powiedzieć parę „miłych”
słówek i zaprosić do pokoju, nawet nie wiedzą kiedy jest z nimi koniec.
Widać Bieber zaplątał się w jakieś
gówno.
Podeszliśmy do nich.
- Czego? – Justin powiedział do nich
sucho, w jego głosie można było usłyszeć nutkę zdenerwowania.
- Uchylisz nam trochę Twoich usług. –
odezwał się z łobuzerskim uśmiechem blondyn.
- Nie mam teraz czasu. – odpowiedział
szybko.
- Od kiedy to Justin Bieber nie ma czasu do interesów? Laska ważniejsza.
– odezwał się rudzielec. – Ty czekaj, ja Cię skądś znam. – spojrzał na mnie i
ściągnął okulary. – Jeździsz w wyścigach. – teraz to Justin spojrzał na mnie,
pytającym wzrokiem.
Kurwa.
- Nie, musiałeś mnie z kimś pomylić.
– powiedziałam z lekkim uśmiechem, chciałam być miła.
- Wątpię, ale niech Ci będzie. –
zrezygnował z kłócenia się i dobrze.
Od razu ciśnienie mi spadło. Uff.
Dobrze, że nie drążył tego tematu.
Tak, jeżdżę w wyścigach - nie będę
się chwalić, że jestem w dziesiątce tych najlepszych - ale nikt o tym nie wie,
prócz Nialla, Ryana, Bruca, Briana i Dominicka. I niech tak też zostanie.
- Dobra Stary, odezwę się jeszcze. –
odeszli.
Justin nawet nie spojrzał na mnie i
wsiał do samochodu. Ja też długo się nie zastanawiałam i zrobiłam to co on.
Wygodnie usiadłam w skórzanym fotelu i zapięłam pas. Justin siedział w
bezruchu. Jego szczęka była zaciśnięta. Zastanawiam się czemu. Przecież nie
powiedzieli mu nic, co mogło by go wkurzyć. Czasami nie rozumiem tego chłopaka.
Co ja gadam, ja go w ogóle nie rozumiem. Raz mówi tak, raz robi tak, a za
chwilę jest całkiem innym człowiekiem.
Boże, że zawsze mi trafiają się sami
idioci?
- Justin, co się dzieje? – zapytałam
słodkim głosikiem i spojrzałam na niego. Ale chłopak znowu się do mnie nie
odezwał. – Justin?
- Nic się nie dzieje. – nawet na mnie nie spojrzał, tylko odpalił
samochód i ruszył.
Siedziałam w bezruchu i wpatrywałam
się w budynki, które mijały z taką szybkością jaką jechaliśmy. Coś tu
cicho. Potrzebuję muzyki.
- Justin. – prawie wyszeptałam. – Em,
mógłbyś włączyć muzykę? – zapytałam spokojnie.
- Nie. – odpowiedział sucho.
- Dlaczego? – zapytałam. No przecież
cicho tutaj, słychać tylko nasze oddechy.
- Bo nie. Nie lubię i nie będzie mi
tutaj lecieć jakieś gówno. – wpatrywał się w drogę. Gówno to Ty. Nie powiedziałam nic więcej, wróciłam do tej samej
pozycji, czyli przyglądałam się widokowi za oknem. W sumie zastanawiam się,
gdzie on mnie zabiera.
Chociaż.
Wszystko mi jedno.
Oparłam głowę o szybę, a nogi
przyciągnęłam do piersi. Justin mi nic na to nie powiedział, więc widocznie
mogłam tak siedzieć. Dominick zawsze na mnie krzyczy, że mam ściągnąć te
buciory z jego skóry, a mi to totalnie zwisa i robię mu na złość.
Widocznie Justinowi to nie
przeszkadza i nie jest przywiązuję zbytniej wagi do swoich samochodów.
Po 20 minutach wjechaliśmy na jakiś
podjazd.
- Gdzie jesteśmy? – rozglądnęłam się.
Fajna chata, ale jednak mam lepszą. Justin mi nie odpowiedział, chyba po raz
setny tego dnia, tylko wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Głośno westchnęłam i
zrobiłam to samo. Udałam się za chłopakiem w stronę drzwi wejściowych. Chłopak
zaczął szukać kluczy w kieszeniach, ale nie mógł ich znaleźć. Sądzę, że
jesteśmy przy jego domie. Wywrócił
oczami i poszedł do samochodu. Po chwili wrócił z pękiem kluczy. Zastanawiam
się do czego te wszystkie klucze mu są potrzebne. Znalazł odpowiedni i
przekręcił nim, otwierając przy tym duże, czarne drzwi. Gestem ręki zaprosił
mnie do środka. Nie zastanawiają się długo, weszłam. Chłopak rzucił kluczę na
komodę, na której leżały, inne pęki kluczy. Ściągnęłam jego kurtkę i powiesiłam
na garderobie. Rozglądnęłam się. Jak na chłopaka ma fajnie urządzony dom. Nie
wierzę, że nie było tutaj kobiecej ręki. I jak tutaj czysto. Czarne, skórzane
kanapy ładnie prezentowały się w białym pomieszczeniu. Usiadłam na jedną z
nich.
- Ładnie tu. – powiedziałam do
Justina, który właśnie wchodził do salonu. – Sam urządzałeś? – zapytałam.
- Nie. Wynajęliśmy projektanta
wnętrz. Powiedzieliśmy czego chcemy i oto wyszło co wyszło. – wzruszył
ramionami.
- Nie wierzę, że nie było tutaj ani
jednej kobiecej ręki. I czysto tutaj. – rzekłam rozglądając się. U nas wszystko
urządzałam ja. Chłopcy urządzali sobie tylko swoje pokoje, a i tak musiałam
paru pomóc.
- Może i była. W każdym tygodniu
przychodzi do nas sprzątaczka. – przysiadł się do mnie, oglądając coś na swoim
iPhonie. Takim to dobrze. My oczywiście też mamy sprzątaczkę. Ale u nas nie
robi dużo, jedynie co ma to salon, kuchnię i łazienki, do naszych pokoi wchodzi
tylko po to, by wejść do łazienki i powierzchownie ją umyć. Nagle usłyszałam
dzwonek mojego telefonu. Wyciągnęłam go z plecaka. Kciukiem przejechałam po
ekranie, by go odblokować.
„Dominick :)”
Nie miałam zamiaru nawet tego
odbierać.
- Nie odbierzesz? – zapytał Justin
sięgając po pilota.
- Nie. To Dom, za chwilę zadzwoni
Logan. – nie zdążyłam dokończyć, a mój telefon znowu wydał z siebie dźwięk. Z
grymasem na twarzy przyłożyłam go do ucha.
*- Czego? – zapytałam.
- Julie, gdzie jesteś? – usłyszałam
zachrypnięty głos Logana.
- Bo? – zapytałam. Nie miałam
najmniejszej ochoty z nimi rozmawiać. Logan nic mi nie zrobił, ale miałam dość
ich obydwóch.
- Dom wychodzi z siebie, ja też. –
powiedział troskliwie.
- Jestem u znajomego, nie wiem, czy
dzisiaj wrócę. Nie mam czasu. Pa. – rozłączyłam się, za nim chłopak zaczął
cokolwiek mówić.
Prawie rzuciłam telefon o stół.
- Spokojnie. – Justin zachichotał.
- Tsa. – powiedziałam pod nosem, ale
tak by mnie usłyszał. Dzisiejszy dzień, mnie wykończył.
Oglądając telewizję i rozmawiając
czasami na jakiś temat, przesiedzieliśmy połowę dnia. Nagle usłyszałam, że ktoś
otwiera drzwi kluczykiem. Spojrzałam na Justina, który głową kiwnął mi, żebym
poszła za nim, po czym wstał z kanapy. Do domu weszło dwóch chłopaków. Justin
nie zwracał na nich uwagi, do póki ten jeden się nie odezwał.
- Bieber, nie przedstawisz nam swojej
koleżanki. – Justin tylko zmierzył go wzrokiem. Popatrzyli na mnie, na co
schowałam się za Justina.
- Nie, nie przedstawię. –
odpowiedział im sucho, po czym odwrócił się do mnie.
- Idziemy. – skinął głową w stronę
schodów.
Weszliśmy do jego pokoju. Po raz
któryś dzisiaj rozglądnęłam się. No nie powiem tutaj też ładnie. Ogromne łóżko,
przyścielone czarną poszewką, stało na środku pokoju przy ścianie. Z prawej
strony znajdowało się wyjście na taras i komody też koloru czarnego, a po lewej
kanapy z czarnej skóry i telewizor wiszący na ścianie. Prawa i lewa ściana byłą
pokryta czarną farbą, a pozostałe dwie, białą. Jakiś taki mroczy ten pokój. No
ale jak to lubi. Dodać jeszcze tutaj niebieski i jak w moim.
Ten strasznie przypominał mi mój.
Tylko ja mam jeszcze parę drobiazgów, ale to nie ważne.
Justin rzucił się na łóżko i głośno
przy tym westchnął. Spojrzał na mnie i widział, że stoję jak kołek i w ogóle
nie wiem czego się ruszyć, wstał i zaśmiał się.
- Co jest takiego śmiesznego? –
zapytałam, przyglądając się mu. Podszedł do szafki i wyciągnął z niej jakieś
ciuchy.
- Ty. – znowu zachichotał. – Masz,
możesz wziąć prysznic. – podał mi ciuchy. Myślałam, że raczej pójdę spać do
Rox, nie myślałam sobie, że pozwoli mi tutaj zostać. No ale jak proponuje, to
skorzystam. Wzięłam od niego te ciuchy i udałam się w stronę łazienki.
Wiedziałam, gdzie jest, bo drzwi do niej były otwarte. Weszłam i własnym oczom
nie mogłam uwierzyć. Ten chłopak ma więcej kosmetyków ode mnie. Od Gucci’ego do
Calvin’a Kleina. Jejku.
Wzięłam z górnej półki ręcznik i
położyłam go tak, by móc zaraz po wyjściu się nim owinąć. Sprawdziłam jeszcze
raz, czy na pewno zamknęłam drzwi, nie chciałabym tutaj nieproszonego gościa.
Zrzuciłam z siebie ciuchy i weszłam pod prysznic.
Gorąca fala okryła całe moje ciało.
Po 15 minutach wyszłam.
Justin spał już na kanapie. No nie
powiem, słodko wyglądał. Podeszłam do niego i przykryłam go kocem, a sama
położyłam się do łóżka. Nawet nie wiem kiedy odleciałam w nieznaną krainę.
Obudziły mnie krople deszcze, które
niemiłosiernie uderzały w okno. Usiadłam na łóżku i spojrzałam w stronę Justin,
który jeszcze spał na kanapie. Spojrzałam na zegarek. Ósma. Za pół godziny
zaczyna się lekcja, a ja jeszcze muszę jechać do domu. Nie chciałabym się na
nią spóźnić. Po za tym muszę mieć dobrą frekwencję. Wstałam i podeszłam do
chłopaka. Ukradkiem usiadłam obok niego.
- Justin. – lekko popchnęłam go w
ramie.
- Hmm. – mruknął.
- Zawieziesz mnie do domu? –
zapytałam. Chłopak dłuższą chwilę mi nie odpowiadał. Odwrócił się i spojrzał na
mnie zaspanymi oczami.
- Która jest? – zapytał.
- Po ósmej. – odpowiedziałam.
- Okay. – wstał i poszedł do
łazienki. Ubrałam moje Vansy, a do plecaka schowałam wczorajsze ciuchy.
Chłopak po 10 minutach był gotowy.
Bez gadania ze sobą wyszliśmy z pokoju. Justin tylko przywitał się z swoimi
kolegami, wziął kluczyki i przepuścił mnie pierwszą w drzwiach.
Ruszyliśmy w ciszy i tak też cała
droga nam minęła. Odezwałam się tylko po to by powiedzieć mu mój adres. Nie
wiem co go z rana ugryzło, ale wydawał się taki inny. Jakiś nie obecny. Może
się nie wyspał na tej kanapie, a to akurat była moja wina.
- Poczekam na Ciebie. – rzekł za nim
zdążyłam w pełni wyjść z samochodu. Skinęłam tylko głową i zatrzasnęłam za sobą
drzwi.
Wbiegłam po schodkach i szybko
przekręciłam kluczykiem. W domu było cicho, a to znaczy, że jeszcze śpią.
Szybkim krokiem weszłam do pokoju, wyjęłam z szafy spodnie i sweter. Pogoda
dzisiaj jest wręcz do dupy, więc żebym nie zmarzła tak jak wczoraj, wolę
dzisiaj się ubrać cieplej. Umyłam szybko zęby i buzię. Nałożyłam pod oczy
trochę korektora, a na rzęsy tuszu. Włosy spięłam w kucyk. Ubrałam Vansy i
spakowałam potrzebne książki do plecaka. Wzięłam kluczyki i zeszłam po
schodach. Na komodzie leżał portfel Dominicka. Potrzebowałam jakieś kasy na
lunch, po za tym nie jadłam śniadania.
Wzięłam 20 dolarów, nawet nie zauważy, rzuciłam go tam gdzie leżał i
wyszłam zamykając przy tym drzwi. Wsiadłam do samochodu, Justin spojrzał się na
mnie i lekko się uśmiechnął, po czym odpalił samochód.
Dojechaliśmy na miejsce.
- Dziękuję. – odezwałam się.
- Nie ma za co. – Justin nawet na
mnie nie spojrzał. Okay. Nie to nie.
Więcej nic nie mówiąc wysiadłam z
Range Rovera. Zostało parę minut do lekcji, a nie chciałabym się spóźnić.
Jeżeli spóźnisz się na lekcję Pana Bailey, to też całą lekcję będziesz
wysłuchiwać jaka to nie jesteś arogancka i wszystkie inne głupoty oraz
posiedzisz godzinę w kozie. Cóż, wolę się jednak nie spóźnić. Przy wejściu
spotkałam Ashley, przywitałam się z dziewczyną i weszłam z nią do środka. od
razu wszystkie oczy skierowały się na mnie.
- Mam coś na buzi? – cicho zapytałam
Ashley. Kiwnęła przecząco głową. To o co im może chodzić. Spojrzałam tylko na
nią pytającym wzrokiem.
- Julie?! – podbiegła do mnie Rox. –
Nie mów mi, że to prawda. – spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- Ale o co chodzi? – zapytałam. No
nie ogarniam. Czego wy wszyscy ode mnie chcecie.
- To prawda, że przespałaś się z
Bieberem? – na końcu ściszyła.
***
Hej ;)
Wiem na pewno, że dwie osoby czytają to oto opowiadanie.
Cieszę się, że aż tyle ;p
W sumie czemu ja się dziwię, nie potrafię pisać, więc ...
Nadal czekam na komentarze. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz