poniedziałek, 11 listopada 2013

Part.6 †

- Ale Justin. – ucichłam, bo zauważyłam, że Rox i Kyle się kłócą, nagle chłopak uniósł rękę. Na korytarzu rozległ się dobrze znany mi dźwięk uderzenia kogoś w twarz. Wszyscy zaczęli przyglądać się parze. Justin gwałtownie się obrócił, zrobiło się zamieszanie. Harry z wściekłą miną, szybkim krokiem podszedł do Kyla i rzucił się na niego z pięściami. Justin pokiwał tylko głową i podszedł do nich. Odciągnął Harryego. Dopiero teraz doszło do mnie chyba, co tak naprawdę się wydarzyło. Spojrzałam na Rox, która siedziała na ławce i trzymała rękę na policzku. Pobiegłam do niej, usiadłam obok i przytuliłam ją do siebie. 
- Hej, stary. Daj spokój. - Justin stał przy Harrym i trzymał go za ramię, by chłopaka znów nie rzucił się na Kyla. Słyszałam, że Harry nie da skrzywdzić dziewczyny. Teraz już wiem, że to prawda.
- Popierdoliło Cię?! – Kyle krzyknął. Otarł krew, która leciała mu z nosa. Harry spojrzał na niego, a z oczu tryskała mu złość.
- Coś jeszcze chcesz dodać? – zapytał, nie spuszczając z niego wzroku.
Richardson, więcej się nie odezwał. Odwrócił się do nas.
- Rox, chodź. – przyglądał się dziewczynie. Wstałam i zasłoniłam mu widok na nią.
- Nigdzie z Tobą nie pójdzie. – powiedziałam sucho. Chłopak mocno ścisnął moje ramie. Skrzywiłam się z bólu.
- Zostaw ją. – usłyszałam chrapliwy głos Justina. Chłopak chyba więcej nie chciał zadzierać, więc puścił mnie. Poczułam zimną rękę, która chwyciła mój nadgarstek. Spojrzałam na Rox, która otarła łzy i spojrzała na Kyla. Wzięła głęboki wdech.
- Nigdzie z Tobą nie idę. – powiedziała spokojnie.
Kiedy usłyszałam te słowa, nie mogłam uwierzyć, że zostały wypowiedziane przez Rox.
- Kochanie nie wygłupiaj się. – Kyle prawie zaśmiał jej się w twarz.
- Nie jestem Twoim Kochaniem! – wykrzyczała. Wszyscy patrzyliśmy na nią z niedowierzaniem i zarazem ciekawością, co zrobi Kyle, no i co zrobi sama Rox. Ona nigdy się mu nie sprzeciwiła. Zawsze była mu posłuszna jak jakiś piesek. A tak naprawdę on tylko nią manipulował nic więcej. Gnojek. Najlepiej pozbyłabym się go raz na zawsze. I za to co teraz zrobił, już dawno powinien być trupem.
- Nie jestem! Koniec z nami Kyle. I daj mi wreszcie spokój. – ściszyła na końcu. Spuściła wzrok na ziemię i zaczęłam bawić się swoimi palcami. Chłopak spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Nie powiedział nic więcej, machnął ręką i poszedł szybkim krokiem przed siebie. Odetchnęłam z ulgą.
- Rox? – szepnęłam.
- Nie. – podniosła ręce. – Dajcie mi spokój. – nie spojrzała nawet i pobiegła do wyjścia.
Bezradnie usiadłam na ławce. Wypuściłam nerwowo powietrze. Opuściłam głowę i zgarnęłam kosmyk włosów za ucho.
- Wszystko okay? – Justin usiadł obok mnie. Skinęłam głową i przełknęłam ślinę. – Porozmawiasz w końcu ze mną? – odchrząknął. 
Chciałam się zgodzić, ale jakoś nie mogłam. A może jednak nie chciałam. Czy moje życie naprawdę musi być takie trudne. Tak naprawdę to sama sobie go utrudniam. Spojrzałam na Justina, który niecierpliwie oczekiwał mojej odpowiedzi. Już otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale przerwał mi sygnał wiadomości. Przejechałam palcem po ekranie, by odblokować telefon.

Od: Ryan x
„Kuźwa, gdzie jesteś?!”

- Cholera. – powiedziałam pod nosem. Kompletnie zapomniałam, o spotkaniu. 
– Justin. – wstałam, on zrobił to samo. – Przepraszam, ale muszę iść. – chłopak odwrócił głowę i oblizał usta. Zrobiło mi się przykro, ale jeżeli tylko mogła bym zostać. Została bym. Nie przedłużając dłużej poszłam szybki krokiem. I tak już będzie niepotrzebna gadka. Wsiadłam do samochodu, który Ryan odpalił zanim zdążyłam do niego dojść.
- Kuźwa jakieś specjalnie zaproszenie? – powiedział, a jego głos był przesączony jadem.
- Kurwa, przepraszam okay? Zapomniałam. – powiedziałam z pełną irytacją w głosie. Ostatnio coś często mnie denerwują. Ryan się nie odezwał tylko ruszył, doprowadzając wskazówkę licznika do jak największej liczby. Nim się zorientowałam podjechaliśmy pod jakiś blog, czy jak to mogę nazwać, bo magazyn na pewno to nie jest. Wysiadłam z samochodu. Tak w ogóle to po co my tutaj przyjechaliśmy? Od kiedy Bruce teraz zarządza wszystkim, ja prawie nic nie wiem. Ale okay, nie pytam, bo jeszcze będzie nie potrzebna gadka i tak już są zdenerwowani. Chłopcy oparli się o samochód. Ja tylko stałam i bawiłam się kamykiem, który leżał przy mojej nodze. Usłyszałam jakiś trzask, więc podniosłam głowę. W naszą stronę szedł Paul, z rozradowaną twarzą. Przeszedł mnie dreszcz. Nienawidzę typa.
Paul to „szef wszystkich szefów”. Nasz gang należy do The Devils.
The Red Devils, to pod grupka całego The Devils, są jeszcze The Black Devils, czy The Blue Devils, jest ich jeszcze więcej, ale to tylko niepotrzebne wymienianie. Całym The Devils, rządzi właśnie Paul. To on czasami daje nam zadnia, które tak naprawdę wykańczają nas  umysłowo i fizycznie. Ale jakoś każdy z nas daje sobie radę. W sumie nie mamy wyboru.
- Miło was widzieć. – uśmiechnął się, wręcz obrzydliwym uśmiechem. Nie odzywałam się, tylko wpatrywałam się w niego z niesmakiem.
- Czego? – Bruce warknął.
- Powoli Toretto. – Paul spojrzał na Bruca, tak jak by miał za chwilę się na niego rzucić. – Chciałem się zapytać jak wam leci w Londynie? – powiedział rozśmieszonym głosem. Splunęłam.
- Co? – zaśmiałam się.
- To co słyszałaś. – spojrzał na mnie, a z oczu cisnęły mu pioruny. Ten koleś nas po prostu nienawidzi. Wie, że jesteśmy dobrzy, no i nadal jest zły o to, że Bruce i Brian, wybrali nas, a nie jego. Powinien się cieszyć, że chociaż jeden z wszystkich gangów jest jakiś najporządniejszy. Inni to już parę razy siedzieli, bo nie potrafią porządnie zrobić tego, co tak naprawdę nie wymaga jakiś większych wysiłków. Bo w czym tkwi problem, by pozbyć się jednego gostka i zrobić tak by nikt się nie dowiedział? Pestka.
- Mam was na oku, za parę tygodni dam wam zadanie, które tak naprawdę będzie tylko dotyczyć Julie. – spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. – Tak. Możesz się przygotować. – zaśmiał się. – Umysłowo. – dodał. Popatrzył na każdego z nas osobno, odwrócił się z uśmiechem na twarzy i poszedł.
- Sukinsyn. – powiedziałam pod nosem. Spojrzałam na Bruca, wzrokiem pełnym niewiedzy i obawy. Nie ukrywam bałam się, tego co wymyślił.
- Nie martw się. – objął mnie ramieniem. Ok. Co się będę przejmować, zawsze dawałam sobie rade, teraz przecież też dam.
Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy.
***
- Rox, do jasnej cholery, zwariowałaś? – zapytałam zaskoczona.
- Nie, przecież nie zaszkodzi jak wyrwiesz się z domu na weekend. Ryan nie może Cię trzymać jak w więzieniu. – wyrzuciła ręce w powietrze. Ryan nie trzyma mnie jak w więzieniu, tylko się o mnie boi. Jak byś kuźwa żyła w świecie, w którym ja, sama byś nie wychodziła. Co ja mówię, nie dała by sobie radę w tym świecie. Wyjdzie sobie na ulicę to nie musi się  bać, że za chwilę może zostać postrzelona, bo komuś właśnie w tej chwili zachciało się z Tobą pożegnać.
Spojrzałam na nią, a ona na mnie. Jej wzrok, aż prosił, żebym się zgodziła.
 - Nie mam namiotu. – wyrwałam głupio.
- Harry i Justin mają. – popatrzyła w podłogę. To on też tam będzie? Jejku. A no tak przecież gdzie Harry tam Justin, gdzie Justin tam Harry.
- Nie mam śpiwora. – znowu wyrwałam.
- Ja Ci pożyczę. – namawiała mnie jak tylko umiała.
Ale namioty? Z Justinem i Harrym?
- Em Julie, śpiwór jest u mnie w szafie, możesz sobie wziąć. – Ryan odezwał się siadając na kanapie z kanapką w ręku.
- I Ty mnie tak puszczasz, bez żadnego wypytywania o to kto tam będzie? – zrobiłam wielkie oczy.
Boże, jeżeli bym chciała iść, to on nawet nie miał by nic do powiedzenia.
- Idzie tam Rox, więc żadne nie odpowiednie towarzystwo raczej tam nie będzie, nie? – uśmiechnął się do niej. Dziewczyna śmiesznie wydęła usta i skinęła głową. 
- No. Możesz iść. Przecież nie będziesz ciągle siedzieć w domu. – przerzucił wzrok na mnie utrzymując uśmiech, który miał od wejścia do salonu. Nie wierzę, teraz nagle taki dobry braciszek, przedtem myślałam, że mnie ukatrupi. Popatrzyłam na nich i głośno westchnęłam.
- No nich Ci będzie. – wyrzuciłam ręce w powietrze. Brunetka lekko pisnęła i przytuliła mnie.
- To idź się przygotować, bo za 10 minut obok mojego domu będzie Harry. – spojrzała na zegarek. Nie mówiąc nic, poszłam leniwie na górę. Dziwiłam się trochę, bo dzisiaj zerwała z chłopakiem, który ją uderzył, a ona ma ochotę na namioty. Myślałam, że raczej przyjdzie do mnie, czy ja do niej i będziemy siedzieć przed telewizorem, objadać się nutellą i gadać o chłopakach. A ona tutaj się umówiła z innym chłopakiem. Nie za szybko? Ech, obojętnie. Nie interesuje mnie to. Ma szczęście, że zanim przyszła zdążyłam się wykąpać. Przebrałam się w sweter i dżinsy, wyjęłam Conversy i ciepłą parkę. Mam nadzieję, że nie zmarznę. Idzie jesień, kto normalny śpi teraz pod namiotami? Jeżeli ja nie wrócę chora, to będzie najlepsza rzecz, która mnie jak do teraz spotkała. Rox mówiła, że nic do jedzenia, czy picia nie musimy wziąć, więc jest okay. Zbiegłam po schodach. Rox czekała na mnie już przy drzwiach i rozmawiała z Niallem. No tak on jako jedyny potrafi z kimś, obcym w sumie, rozmawiać.
- Jestem gotowa. Mam jeszcze coś wziąć? – zapytałam i pokazałam ręką na kuchnię.
- Nie. Harry mi mówił, że wszystko będzie. – zapewniła. Skinęłam tylko głową. Weszłam do salonu i wzięłam komórkę z stołu.
- To pa. – powiedziałam biorąc klucze z komody i zamknęłam za sobą dębowe drzwi. Rox czekała już na mnie przy bramie.
- Jejku, gdzie Ci się tak śpieszy? – zapytałam. – Harry raczej nie ucieknie. – wyszłam na chodnik i ruszyłyśmy w stronę jej domu. Rox nie mieszka daleko, tylko trzeba skręcić w uliczkę. Mieszka na tak zwanym zadupiu.
- Rox? – zapytałam.
- Hmm?
- A co z Kylem? Wiesz, dziwi mnie to, że nagle chcesz iść pod namioty z ludźmi których tak naprawdę nawet nie znasz.
- Julie. – dziewczyna stanęła. – Chcę zapomnieć. – kontynuowała iście. – Spędziłam z Harrym połowę dnia, on jest naprawdę miłym chłopakiem. – spojrzała na mnie.
- Jak to spędziłaś z nim połowę dnia? – zapytałam zaskoczona. To ze mną nie chciała rozmawiać, a z nim spędziła połowę dnia?
- No po prostu, wtedy kiedy wybiegłam, on pobiegł za mną. – przerwała i wzięła głęboki oddech. Jak mogłam tego nie zauważyć? – Zawiózł mnie do domu, no i jakoś zleciało nam na rozmowie. No i zaprosił mnie na te namioty.
- To wolałaś z nim porozmawiać niż ze mną? – zapytałam oburzona, ale uśmiechałam się przy tym.
- Oj. – zaśmiała się. – Widzisz, Harry już czeka. – pokazała palcem na stojący samochód przed jej podjazdem. Szybkim krokiem podeszłyśmy do niego. Harry wyszedł z pojazdu i przywitał się z Rox, przytulając ją.
- Hej Julie. – dodał rozradowany.
- Hej. – odpowiedziałam nieśmiało.
Przyglądałam się Rox, której już chyba dawno nie widziałam takiej uśmiechniętej. Boże, ale żeby z Stylesem. No w sumie, jak daje jej szczęście, to niech jej będzie. Dziewczyna pobiegła jeszcze poinformować rodziców, że już jedziemy.
- Nie masz ochoty tam nawet iść, prawda? – zapytał loczek.
- Po prostu nie wyobrażam sobie tego. Ja i Justin na jednym terenie. Dobrze wiesz, że to nic dobrego nie wróży. – spuściłam głowę na dół.
- Wiem. Może znajdziesz kogoś innego do rozmowy, będzie tam więcej ludzi. – Boże to tam będzie więcej takich debili? Zastrzel mnie.
- Jedziemy? – odezwała się Rox. Nawet nie wiem, kiedy tutaj przyszła. Harry wsiadł do samochodu, Rox zrobiła to samo, więc cóż ja też muszę. Niechętnie wsiadłam do czarnego Range Rovera chłopaka. Musze przyznać śmierdziało tam fajkami i ogólnie jakiś nieprzyjemny zapach wydzielał się w tym samochodzie. Jejku jak on może w tym czymś jeździć. Dom by go chyba wzgardził słowami. Chłopak przekręcił kluczyki w stacyjce i ruszył dodając gazu.
- Jeździsz gorzej niż Julie. – Rox się zaśmiała.
- Nikt nie jeździ gorzej ode mnie, zapamiętaj. – rzekłam. Boże, nikt nie umie jeździć tak jak ja. Pff.
- To znaczy jak jeździ Julie? – Harry zapytał rozbawiony.
- Ma szczęście, że jeszcze żyje. – Rox powiedziała, takim matczynym głosem. Przewróciłam oczami, Harry się tylko zaśmiał.
Dojechaliśmy na miejsce. Całą drogę przesiedzieliśmy w ciszy. Dobre to, że Harry chociaż słucha muzyki, nie to co Justin.  Wysiadłam z samochodu i rozglądnęłam się. Wow. Moje oczy zakochały się z widoku, który tutaj był. Nieduże jezioro, po którym ktoś pływał kajakami. Dookoła był las, a w głębi stał niemały domek. W pobliżu jeziora stało dziesięć namiotów. Słychać było muzykę. Moje oczy powędrowały na grupkę siedzącą przy ognisku, między nimi był też Bieber, obok niego siedziała jakaś blondynka i kleiła się do niego, a on chyba zbytnio nie był nią zainteresowany.
- Julie. – zawołała Rox. Spojrzałam na nią zdezorientowana. – Idziesz? – zapytała. Nie odpowiedziałam jej, tylko ruszyłam z miejsca. Po minucie byłam już obok niej.
- Siema Styles! – jakiś koleś podszedł do Harryego i przywitał się z nim męskim uściskiem. – Cóż to za ładne Panie? – popatrzył na każdą z nas i uśmiechnął się. Widać było, że już miał nieco alkoholu we krwi. Grr. Nie znoszę takich typów. Harry nic nie powiedział, tylko próbował go ominąć i iść dalej, jak się nie mylę to chciał iść w stronę ogniska. Do którego ja za bardzo nie chciałam się przyłączyć.
- Nie przedstawisz mnie? – zapytał robiąc przy tym smutną minę.
- Matt, to jest Rox, a to Julie. Lepiej? – wskazał palcem na każdą z nas.
- Miło was poznać. – chłopak podszedł do mnie bliżej, na co ja odruchowo odeszłam w tył.
- Nam również było miło, a teraz spierdalaj. – Harry skinął brodą na przestrzeń, dając mu tym samym znak, że ma odejść. Chłopak posłusznie posłuchał loczka i odszedł.
- Nie przejmujcie się. – uśmiechnął się do nas. Rox odwzajemniła uśmiech, ale ja nie miałam zamiaru, bo wręcz nie było mi do śmiechu. Chcę do domu. Powiedziałam rozpaczliwie w myślach. Dlaczego ja zawszę muszę być ukarana.
Nawet nie wiem czemu narzekam. A dobra już wiem. To w ogóle nie jest moje towarzystwo. Co ja tu do cholery robię?
- Hej wszystkim. – Harry powiedział do wszystkich, którzy siedzieli przy ognisku. Wszystkie oczy zostały skierowane na nas dwie. Każdy skanował nas od dołu do góry. Już chciałam przewrócić oczami, ale powstrzymałam się przed tym.
- Kocie. Może przedstawisz nam te. – zamyśliła się. – Te ślicznotki? – powiedziała sarkastycznie. A utopić Cię suko w tym jeziorze?
- To Rox, a to Julie. – znowu wskazał na nas palcem. Uśmiechnęłyśmy się lekko. Spojrzałam na Justina, który przyglądał mi się od kiedy tutaj podeszłam. Mój wzrok niechcący powędrował do blondynki, która wzrokiem dała mi do zrozumienia, że Justin jest jej. Zaśmiałam się w myślach. Nawet nie mam zamiaru go  ruszać! Harry i Rox usiedli, więc i ja też. Przecież nie będę stała jako jedyna. Wszyscy jak by zapomnieli o czym rozmawiali, dopóki nie pojawiłyśmy się  tutaj. Niezręczna cisza nas ogarnęłam. Czułam wzrok każdego na sobie. Powietrze wokół nas zgęstniało.
- Proszę. – Harry podał nam puszki piwa. Rox wzięła, ale ja nie miałam zamiaru. W ogóle to od kiedy ona pije?!
- Nie, dziękuję. Nie piję. – popatrzyłam na loczka. Skinął tylko głową.
- No proszę, księżniczka nie pije. – odezwała się brunetka, którą mam zamiar utopić w tym jeziorze.
- Odwal się, co? – Justin powiedział jeszcze bardziej zachrypniętym głosem niż rano. Popatrzyłam na niego i lekko się uśmiechnęłam. Dziewczynę jak by zatkało, widziałam, że jeszcze chciała coś powiedzieć, ale chłopaki obok ją powstrzymali. Harry podał mi butelkę soku. Wzięłam ją i wymruczałam jakieś podziękowania.
Jak na początek. Cóż. Totalna kicha.
***
Godziny leciały, a ja się tutaj czuję jak piąte koło u wozu. Pójdę się przejść.
Chodziłam brzegiem jeziora, usiadłam na ławce, która się tam znajdowała. Zaczęłam rozglądać się wokoło. Dużo nie widziałam, bo niebo nabierało już ciemnego koloru.
- Julie? – spojrzałam do tyłu.




***
Hej hej! 
Dziękuję za komentarz. :) 
Może macie jakieś pytania do bohaterów? Pytajcie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz