sobota, 28 grudnia 2013

Part.9 †



Głośno westchnął, zdawało się jak by przy nas cały czas to robił.
- Dobrze, jeżeli tak to wam powiem. – ściągnął okulary i przewiesił je sobie na kieszeni, która znajdowała się w miejscu serca, na fartuchu. Wyglądał jak by chciał powiedzieć nam coś strasznego. Z nerwów aż skręciło mnie w brzuchu. – Wszystko z nim  w porządku. – wydusił w końcu. Runęła ze mnie cała niepewność i ulga ogarnęła moje ciało. - Rękę trzeba było zszyć i ma ją w szynie, rana na głowie nie była tak głęboka jak się zdawało, została zaopatrzona, po za wieloma siniakami, jest  z nim wszystko w porządku. – powiedział tak jakby od niechcenia.  Każdy wypuścił swobodnie powietrze, które przetrzymywali w sobie od kiedy lekarz w ogóle otworzył usta.
- Przepraszam. – usłyszeliśmy damski głos. Justin i Liam gwałtownie się odwrócili. Z Sali wyszła pielęgniarka, która nie mogła przejść, bo chłopcy zastawili jej drogę. Bieber i Payne grzecznie się odsunęli. Starsza kobieta podziękowała im. Teraz dopiero zauważyłam, że za nią kryła się jeszcze jedna dziewczyna. Młoda, blondynka, wyglądała na speszoną.
To już wiem dlaczego Justina ciągle się tam patrzył. Mój brzuch zawirował, tak jakbym się zdenerwowała, lub bała się czegoś. Znałam te uczucia, ale w tym momencie nie było powodu, by je doznać. Spuściłam głowę.
- Em, możemy wejść do niego? – wyrwał Liam.                                                                                                                                                      
- Tak. Możecie go nawet wziąć do domu. – wypowiedział ostatnie słowa, już odchodząc od nas. Zmroziłam go wzrokiem, ugh nienawidzę takich typów. Myślą, że potrafią komuś uratować życie i robią z siebie jakiś super bohaterów.
- Julie, idziesz? – usłyszałam głos Rox. Dopiero teraz zauważyłam, że siedzę sama, wszyscy zdążyli już wejść do pokoju. Nie odpowiadając jej wstałam, spojrzałam na nią i lekko się uśmiechnęłam, na co ona odpowiedziała mi tym samym. Weszłam do pokoju, chłopcy już zdążyli się przywitać.
- I jak się czujesz? – zapytał Harry.
- Jest okay, po za tym, że wszystko mnie boli. – zaśmiał się Louis.– Lepiej mi powiedzcie co z wami. – spojrzał na Rox i Harryego.
- W porządku. To Ty tutaj jesteś najbardziej poszkodowany, a pytasz jak my się czujemy. Jak widzisz stoimy tutaj cali, więc nie ma obawy.
- Co z ręką? – zapytał i skinął głową na rękę Rox.
- Poobijana tylko, nic więcej. – dziewczyna uśmiechnęła się  przyjaźnie, Louis odwzajemnił uśmiech i wstał.
- Ja chcę do mojego łóżka. – Lou powiedział rozpaczliwie, po czym wybuchnął śmiechem. Atmosfer się trochę rozluźniła.
Wszyscy udaliśmy się do wyjścia. Nagle dźwięk mojego telefonu, rozległ się po korytarzu. Wyciągnęłam go i przejechałam kciukiem, by go odblokować. Nowa wiadomość.

Od: Ryan x
„Wróć do domu. Pilne.”

Wywróciłam oczami. Nie wiem  czego chce, ale jak pisze, że pilne, to znaczy, że natychmiast mam być w domu. Schowałam telefon do kieszeni i podeszłam do Justina, który stał i się mi przyglądał.
- Julie. – zaczął. Nie spojrzałam na niego, czułam się dziwnie, w tej chwili moje Vansy wydawały się bardziej interesujące. – Masz może ochotę na croissanta z czekoladą? Znam znakomite miejsce, gdzie takie podają. – zapytał podchodząc do mnie bliżej. Kiwnęłam przecząco głową. Spojrzałam na niego, jego mimika twarzy, aż prosiła bym wytłumaczyła dlaczego nie chce udać się z nim na śniadanie.
- Chętnie, ale nie mogę Justin. Ryan prosi bym wróciła do domu, to coś ważnego. – powiedziałam. Justin podrapał się po szyi.
- Um, no okay. To chodź, odwiozę cię. – nie spoglądając na mnie, udał się do samochodu. Niechętnie poszłam za nim.
Jakoś nie miałam ochoty wracać do domu, nie miałam ochoty opuszczać Justina, w jego towarzystwie zaczynałam czuć się dobrze i jak do tej pory najlepiej. Ale Bóg widocznie codziennie wymyśla mi inny scenariusz, niż ja bym chciała.
W ciszy wsiedliśmy do samochodu i też w ciszy dojechaliśmy pod mój dom. Czułam się dziwnie, było mi strasznie smutno. Gdy Justin już zatrzymał samochód, mogłam swobodnie wyjść. Za nim zamknęłam drzwi, postanowiłam się jeszcze do niego odezwać.
- Dziękuję. – powiedziałam jak najsłodziej potrafiłam. Chłopak nie spojrzał na mnie, wpatrywał się przed siebie. Przygryzłam dolną wargę, nic więcej nie mówiąc zamknęłam drzwi i udałam się do domu. Za nim weszłam do środka spojrzałam jeszcze raz za siebie. W tej samej chwili Justin ruszył pojazdem i odjechał. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka.
Mój wzrok od razu utkwił na osobie siedzącej z obrzydliwym uśmiechem na kanapie. Zmroziło mnie całą. Miałam ochotę wyjść, żeby tylko nie widzieć tego człowieka. I że niby on był tą pilną sprawą?!
- Hej Julie, kochanie Ty moje. – odezwał się Paul, zaśmiał się przy tym, a jego głos aż zapiszczał w moich uszach. Dlaczego ja go tak bardzo nienawidzę?!
- Daruj sobie. – zamknęłam drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty teraz tam sobie usiąść i zacząć z nim rozmawiać, ale po minie Ryana stwierdziłam, że mam natychmiast tu usiąść. Wzięłam głęboki oddech i usiadłam pomiędzy moim bratem, a Brucem.
- To jak wam się powodzi na nowym terenie?  - zapytał Paul. Miał minę jakby, miał ochotę nasz wszystkich zgwałcić, albo co najgorsze zabić, w czym nie dał by sobie rady.
- Co wiemy to wszyscy są sprawdzeni, w czym problem, by dalej się nami obchodzić? – zapytał Bruce. Paul spojrzał na niego spod łba, po czym odwrócił wzrok i przeniósł go na Dominicka.
- W tym co wiemy to jedna osoba w tym pomieszczeniu nie zdała się na medal, a tym bardziej na bycie w tym gangu. – spojrzał na mnie. – W dodatku nie ma nawet prawa być jednym z przewodniczących. I do tego jest tym, czym jest. A mianowicie dziewczyną.
- I teraz Ci to kurwa cholernie przeszkadza? – zapytał Bruce, a każde słowo przeszywał jad. – Jako jedyni nie przynosimy ci wstydu. Więc, kurwa ogarnij chuja i zastanów się co w ogóle do nas mówisz. Może i jest dziewczyną, ale potrafi więcej niż wszyscy twoi skurwysyni, więc przestań pierdolić głupoty. Może i na twoim pierdolonym tekściku się nie sprawiła, ale zabiła by cię kiwnięciem palca. – prawie wykrzyczał Bruce. Paul spojrzał na niego i wybuchnął szyderczym śmiechem.
- Hah. Ty wiesz co przed chwilą powiedziałeś? – Paul zapytał unosząc przy tym brwi. – Ta mała suka miałaby zabić mnie kiwnięciem palca? – wszyscy, gdy tylko usłyszeli „suka” spojrzeli na Paula znienawidzonym wzrokiem, widziałam już go nie raz. Patrzą tak na swoje ofiary, kiedy już mają ochotę pochować ich dwa metry pod ziemią.  – Prędzej bym ją przeleciał niż ona miała by mnie zabić. – zakończył przedłużając ostatnią literkę, parsknęłam śmiechem.
- To, że Sue i Sashan są dziwkami, to nie znaczy, że ja kurwa dupku, pierdolony, też nią jestem. – powiedziałam to spokojnie z uśmiechem na twarzy, chociaż wrzało we mnie okropnie. Sashan to jedna członkini jego gangu, pełni tam taką samą rolę jak u nas Sue. Nie wiem dlaczego ja się w ogóle go tak boję. Kątem oka widziałam jak Sue zabijała mnie wzrokiem. Ale nawet to jej nie wychodziło. Cóż chociaż w zadowalaniu panów nie musi ze mną konkurować. Nikt jej nie przebije, to wychodzi jej najlepiej.
- Woah, Mała, powoli, nie rozpędzaj się tak. – Paul podniósł dłonie w obronnym geście. – Jak tam w szkole? – zapytał.
- Normalnie jak w szkole. – wzruszyłam ramionami i sięgnęłam po winogrona.
- Jakaś miłość? – zaśmiał się , aż się zakrztusiłam. Spojrzałam na niego pytająco. – No tak tylko pytam, ciekaw jestem.
- Ciekaw? Kuźwa proszę Cię, nigdy się nie pytasz o coś jeżeli nie masz po co. – parsknęłam śmiechem. 
- No tak się zastanawiam, czy też może wie, że robisz to co robisz. – spojrzał na mnie zimnym wzrokiem. Wszyscy nagle patrzyli się raz na mnie, raz na Paula.
- Jeżeli by ktoś był, to z pewnością, by wiedział. – odpowiedziałam nie spuszczając z niego wzroku.
- No pewnie tak. Okay, będę się zbierał. Mam nadzieję, że się przygotowujesz to zadania, Julie? – przesadnie zaakcentował moje imię.
- Pewnie. Kurwa. – ostatnie słowo wypowiedziałam sobie pod nosem. Myśli ogarnęły moją głowę, nawet nie wiedziałam kiedy Paul opuścił nasz dom.
Zastanawiałam się co ten cholerny dupek, każe mi zrobić.
Nie ukrywam naprawdę się tego bałam. Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego, jeżeli by mógł kazał by mi nawet zabić własnego brata. Czego nie zrobiłabym, więc byłabym teraz trupem.
Wstałam, wyciągnęłam jednego papierosa z paczki, która samotnie leżała sobie na stole i wyszłam na taras. Zapaliłam go i zaciągnęłam się. Przytrzymałam dym w płucach, po czym swobodnie go wypuściłam.
- Dawno cię nie widziałem z tym gównem. – odezwał się Niall.
- Miałam dzisiaj ciężki dzień. – powiedziałam krótko i wzięłam następnego bucha. Niall nie zdążył nic powiedzieć, bo wyrzuciłam fajkę i weszłam do środka.
- Jak tam było na namiotach? – zapytał Malik.
- Normalnie, a jak miało być? – zapytałam wzruszając ramionami.
- No ja tam nie wiem. A z kim tam byłaś? – kontynuował.
- A po chuj ci to wiedzieć. – odpowiedziałam idąc w stronę schodów. Nikt więcej się nie odezwał. Czułam wszystkich wzroki na sobie, ale nie zwracałam uwagi. Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam powieki i głośno westchnęłam. Miałam dość dzisiejszego dnia. Wypadek, Justin, Paul, co jeszcze w tym dniu gorszego może mnie spotkać. A przecież zaczął się tak pięknie. Zaczęłam coraz bardziej myśleć o Justinie, siedział mi w głowie dwadzieścia cztery godziny na dobę.  A przecież tyle krzywdy mi wyrządził.
Moje myśli przerwało pukanie do drzwi.
- Czego! -  krzyknęłam poirytowana, no już nie mogę mieć chwili spokoju. Drzwi powoli się otworzyły, a w nich pojawił się ten mały, kochany Irlandczyk. Uśmiechnął się.
- Mogę? – zapytał grzecznie. Odwzajemniłam uśmiech i poklepałam miejsce na łóżku obok siebie, dając mu tym samym znak, że może wejść i ma usiąść.
- Co jest Mała, hmm? Naskoczyłaś tak na Zayna. – spoglądał na mnie tym swoim wzrokiem, którego nie umiałam się oprzeć i on dobrze o tym wiedział. Wiedziałam, że za chwilę przemagluje mnie tak, że wszystko mu powiem.
- Ah zdenerwowałam się. Paul jest cholernym sukinsynem i tylko jak na niego spojrzę to moje ciśnienie dobija do dwustu. – zaczęłam bawić się palcami.
- Jak każdemu. Nie przejmuj się nim. Przecież wiesz jaki jest, wszystko zrobi by nas sprowokować i zdenerwować. – skinęłam głową i przygryzłam dolną wargę, wpatrywałam się w szafkę, która nagle stała się najciekawszą rzeczą w tym pokoju.
- Ale ja widzę, że nie tylko o Paula chodzi. – blondyn wpatrywał się we mnie z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Niall, a o kogo jeszcze mogło by chodzić? – spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. Dlaczego on zawsze musi wiedzieć, że jest jeszcze coś. Ten człowiek potrafi chyba czytać z moich oczu.
- Paul chyba z powodem palnął o tej miłości. Nie? Wie coś czego my nie? – zapytał, a jego jedna brew uniosła się do góry.
- Nie. Przecież jeżeli byłby ktoś to powiedziałabym. – nawet nie spojrzałam na Nialla. Nie mam pojęcia dlaczego go okłamuję.
- Ale ja wiem, że to nie prawda, znam cię. – powiedział. Spojrzałam na niego, jego wzrok był dziwny, taki zmieszany, nie znałam go.
- Niall, jeżeli będę chciała to powiem, ale nie teraz, bo nie ma nikogo, okay? Spotkałam się parę razy z takim chłopakiem, ale nic więcej, widocznie Paul mnie widział, kręci się tutaj. I jeżeli coś będzie to dowiesz się o tym pierwszy. – uśmiechnęłam się do niego lekko. Nadal wpatrywał się we mnie takim zimnym wzrokiem.
- No okay. Chodź tu do mnie, mam ochotę cię przytulić. – uśmiechnął się. Wtuliłam się w jego tors. Oj brakowało mi takiego uścisku.
- Kocham cię, wiesz o tym prawda? – szepnął w moje włosy. Uśmiechnęłam się.
- Tak, ja ciebie też.
- Pamiętaj, jeżeli cię ktoś skrzywdzi, ja skrzywdzę go dziesięć razy bardziej.
- Wiem Niall, pamiętam. – popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się. – Pójdę się wykąpać. – wstałam i podeszłam do szafki.
- Pójdę z tobą. – Niall zaśmiał się.
 - Tak zapraszam. – zachichotałam. Wyciągnęłam potrzebne ciuchy i udałam się w stronę drzwi łazienki, a Niall wyjściowych, obydwoje w tej samej chwili zniknęliśmy za progiem.

***
Tydzień minął bardzo szybko i pracowicie. Próbują zabrać nasze magazyny w San Francisco. Znowu, nie wiem, czy oni tak naprawdę chcą szybko umrzeć, czy jaka cholera?  Idioci. Więc tak jak mówię, trzeba było wszystko uporządkować, zabrać się w końcu do roboty. Ostatnio coś zaniedbałam chłopców. A teraz mam czas żeby się nimi „zająć”. No tak, Justin się do mnie nie odzywa, nawet go przez ten tydzień nie widziałam, Harry i Liam chodzą do szkoły, ale on i Lou nie. Rox spotyka się z Hazzą, Dav i Austin wyrwali jakieś panienki i teraz są zajęci nimi. Zostałam sama. Chociaż w sumie nie, mam chłopców.
- To co dzisiaj robimy? – zapytał Michael, wskakując na kanapę.
- Jakaś imprezka może. Mam ochotę na… sex.  – odezwał się Dominick. Zaśmiałam się tylko.
- Ja odpadam, nie mam ochoty. – powiedziałam nie spuszczając wzroku z ekranu telewizora. Dom spojrzał na wszystkich, ale ci jakoś też nie palili się do zabawy.
- To może Julie ty zrobisz mi tą przyjemność. – zapytał.
- Nie. Bo będzie ci za dobrze, a tak po za tym to nie dasz rady, pięć minut i będzie po sprawie, a mnie takie coś nie interesuje. – utrzymałam poważną minę. Wszyscy wokół mnie chichotali. Dom wziął i rzucił we mnie poduszką. Złapałam ją w locie.
- Uważaj. – spojrzałam na niego. Wstałam i wzięłam pusty kubek i poszłam do kuchni zrobić sobie nową herbatę.
- Prędzej tobie by było za dobrze. – powiedział głośno Dom.
- No co ty, taki mały mnie nie zadowoli. – uśmiechnęłam się triumfalnie. Wszyscy wokół śmiali się. Zazwyczaj tak ze sobą rozmawiamy, wszyscy wiedzą tutaj że to dla żartów, nikt z nikim się nie chce przespać.
Wróciłam do salonu, Dom patrzył na mnie spod łba, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Uśmiechnęłam się do niego, jak najsłodziej umiałam.
- Ty gdzie się tego nauczyłaś? – zapytał.
- Ale, że czego? – zdziwiłam się.
- Tego uśmiechu. Taki inny. – patrzył na mnie z zaciekawieniem.
- Jeżeli żyjesz tyle w kłamstwie, to musisz nauczyć się też nowych rzeczy. – wzruszyłam ramionami, usiadłam wygodnie, opatulona Niallem i Zaynem i oglądałam film.
Po czterech godzinach, zrobiłam się senna. Chłopcy patrzyli na film z takim zainteresowaniem, oni nawet nie mrugali.
- Dobra ja zmykam. – powiedziałam do nich.
- Dobranoc. – powiedzieli równo.
- Dobranoc. – odpowiedziałam i weszłam na górę.

Usłyszałam dziwne szmery i odgłosy dobiegające z strony okna, spojrzałam na zegarek. Trzecia w nocy. Odwróciłam się trochę przestraszona, nagle moim oczom ukazała się postać. 


***
Hej wszystkim! :) 
Nadal nie wiem co sądzicie, nadal nie zostawiacie nic po sb, żadnej opinii, żadnego komentarza, ale okay. ;c 
Nie wiem, czy ma sens dodawanie dalej rozdziałów. 
Postanowiłam skrócić opowiadanie, prędzej się wszystko wydarzy, niż to zaplanowałam. :) 
Ale nie podaję się dalej pisać. Skończę tego bloga i zaczynam nowego, nie wiem dlaczego, skoro i tak nikt tego nie czyta, ale chyba lubię pisać. I następny będzie inny niż ten. :) 

Kocham tego kogoś, który w tej chwili to przeczytał. Dziękuję :) <3

piątek, 13 grudnia 2013

Part. 8 †



 Przekręcił kluczykiem i otworzył dębowe drzwi.
- Czego? – zapytał osoby stojącej przed drzwiami. Do domku wpadł Harry. Wyglądał na roztrzęsionego. Przy oku można było dostrzec czerwoną cieć.  Zaczął chodzić po domu, tam i z powrotem.
- Louis.. Ja nie wiem co z nimi. Musisz im pomóc. – położył dłonie na głowie i energicznie ją potrząsał.
- Harry, nie rozumiem. Co się dzieje? – Justin próbował zatrzymać loczka chociaż przez chwilę w jednej pozycji.  Przyglądałam się im z zaciekawieniem.
- Louis i Rox. Mieliśmy wypadek, oni tam ..  – prawie wykrzyczał. Justin truchtem przybiegł na górę, wyciągnął z komody bluzkę i w biegu ją na siebie nałożył.
- Justin… - zaczęłam. Chłopak ściągnął z wieszaka swoją skórzaną kurtkę i wziął kluczyki z komody.
- Nie, teraz. – powiedział sucho i zatrzasnął za sobą drzwi.
Głośno westchnęłam i opadłam na łóżko.
Byłam na niego zła. Nie dość, że nie wiem czy wypadek nie jest poważny, to do tego jest tam Rox. Martwię się, jest moją przyjaciółką, pomimo tego, że ją okłamuję. Ona, jest jedyną dziewczyną, której po części ufam. Oczywiście nie pogadam z nią o tym co robię. Ale do tematów o chłopcach, czy też innych, jest dobra. Źle mi się ją okłamuję, ale jak już weszłam w to gówno, to już z niego nie wyjdę. Taka prawda.
 Zacisnęłam powieki i po raz drugi głośno westchnęłam. Rękami potarłam twarz.

Harry’sPOV

- Zjadłabym coś. – Rox wyszeptała. Cieszę się, że jest teraz tutaj ze mną. Nie ukrywam dziewczyna podoba mi się. Jakoś nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Do póki Bieber nie zaczął się czepiać Jackson. Tam gdzie ona tam też była Rox. Ale jakoś nigdy nie mogłem zrozumieć jak ona mogła być z tym sukinsynem Kylem. Nie wierzę, że wczoraj to była jedyna taka akcja. Ten człowiek jest do wszystkiego zdolny, więc nawet bym się nie zdziwił jak by groził Rox. Dziewczyna się go po prostu bała. Co taka mała, krucha osoba ma zrobić z takim … idiotą, jak on. Mimo to, że to wcale nie jest mój typ dziewczyny, ma coś w sobie. Ale ja wątpię, że mam u niej jakiekolwiek szanse. Nigdy mi żadna nie odmówiła, ale przy Rox, bym się nawet nie zdziwił. Przecież to całkiem inny świat. Nie naraża swojego życia, czasami nie boi się wyjść z domu i nie jest kryminalistką. Która normalna dziewczyna chciałaby chodzić z takim człowiekiem? Może mogę liczyć na przyjaźń, ale będę się cały czas o nią bał. Nie wiadomo jak ktoś, odbierze to, że tylko się kumplujemy, a nic więcej między nami nie jest. Żeby z niszczyć mnie, zniszczą coś na czym mi zależy.
- Hmm. Okay mam pomysł. – uśmiechnąłem się. Wyszedłem z namiotu i udałem się do Louisa, który stał przy swoim samochodzie i coś przy nim sprawdzał.
- Hej Tommo. – przywitałem się z nim męskim uściskiem.
- Co jest? – popatrzył na mnie unosząc przy tym jedną brew.
- Może pojechalibyśmy po coś na śniadanko, pójdziemy do tych dwóch. – skinąłem brodą na domek, miałem na myśli Justina i Julie. – Co Ty na to? – zapytałem z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Okay, nie ma sprawy. – chłopak odpowiedział, nawet na mnie nie spoglądając, tylko zajmował się tym w czym mu przerwałem. Sprawdziłem, czy mam portfel, ale jednak nie. Zostawiłem go w namiocie Rox. Przeszkadzał mi w siedzeniu dlatego go wyciągnąłem. Szybkim krokiem udałem się w stronę namiotu.
- Em, gdzie ja dałem mój portfel? – zapytałem dziewczyny. Również się rozejrzała. Po chwili podała mi go. – O, dzięki. – uśmiechnąłem się i schowałem go do tylnej kieszeni.
- Gdzie idziesz? – dziewczyna zapytała, chowając kosmyk włosów za ucho.
- Jedziemy po coś do zjedzenia. – wyszedłem i popatrzyłem, czy Lou jest już gotowy. Był siedział już wygodnie w samochodzie.
- Mogę też jechać? – zapytała, wychodząc z namiotu.
- Tak. - skinąłem głową. Dziewczyna się tylko uśmiechnęłam i udała się za mną. Wsiedliśmy do samochodu. Nie zdążyłem jeszcze zamknąć drzwi, a Tomlinson już ruszył. Spokojnie wyjechaliśmy na drogę, wtedy dopiero chłopak dodał  gazu. Włączył muzykę i podgłośnił o dwa stopnie.
- Do tej piekarni tam? – zapytał spoglądając w lusterko.
- Ta. – odpowiedziałem i oblizałem usta. Zatrzymaliśmy się na światłach. Po cholerę one tutaj?
- A to Justin jest w domku? – zapytał. I spojrzał na mnie kątem oka.
- Pytanie. Kiedy on spał w namiocie? – zapytałem retorycznie.  Zaświeciło zielone i Louis powoli ruszył.
- Rox, a gdzie Twoja przyjaciółka? – nie odwracał wzroku od drogi.
- U Justina. – dziewczyna odpowiedziała nieśmiało. Louis gwałtownie spojrzał na mnie i złączył brwi.
- Serio? – nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Uważaj! – nagle krzyknęła Rox. Louis gwałtownie przekręcił kierownicą. Słyszałem tylko krzyki. Nagle poczułem ból z tyłu głowy i ciemność ogarnęła moje oczy. 

Otworzyłem oczy. Wokół mnie była tylko jakaś mgła. Spojrzałem w prawo. Louis leżał nieruchomo. Z łuku brwiowego leciała mu krew.
- Louis! – zacząłem krzyczeć. Przybliżyłem się trochę do niego. Jego ręka była pokryta krwią. – Kurwa. – powiedziałem. – Chłopie słyszysz mnie? Kurwa Louis. – poszarpałem go trochę po ramieniu.
- Harry, co się dzieję? – usłyszałem wysoki głos dziewczyny. Gwałtownie się odwróciłem.
- Nic Ci nie jest? – spojrzałem w jej oczy. Widzialny był w nich strach, ona sama trzęsła się ze strachu.
- Nie, jest okay. Tylko ręka mnie boli. – powiedziała spoglądając na rękę. Nie powiedziałem więcej, chciałem wyjąć telefon, by zadzwonić na pomoc. Tutaj samochody mało co jeżdżą, a kiedy są potrzebne to zapewne nikt teraz tutaj nie przejedzie. Wsadzałem dłonie już chyba po raz piąty i nie mogłem znaleźć telefonu.
- Rox, zostań tutaj z nim. Ja pójdę po pomoc. – powiedziałem do dziewczyny, która siedziała jak na szpilkach.
- Gdzie Ty chcesz teraz tutaj znaleźć pomoc? – zapytała.
- Znam skrót nad jezioro. Zaraz będę. - nie patrząc więcej na nią, pobiegłem. Potykałem się o własne nogi. Nagle stanąłem, spojrzałem wokół siebie. Mój oczy, albo źle widzą, albo ja nie wiem. Nigdy nie było tutaj dwóch dróżek.
- Kurwa, teraz która to? – podrapałem się w tył głowy. Spojrzałem kilkakrotnie na każda z nich aż w końcu wybrałem. Na moje szczęście, wybrałem dobrą. Po chwili znalazłem się obok domku Justina. Nerwowo i mocno zapukałem do drzwi.

Justin’sPOV

- Jak się czujesz? – zapytała Julie siadając obok mnie. Nie odpowiedziałem jej, zacząłem udawać, że śpię. Ale chyba nie udawało mi się to, bo mój uśmiech nie chciał zejść z mojej twarzy. Nagle poczułem uderzenie.
- Za co? – zapytałem zaskoczony. Nie odpowiedziała mi tylko powtórzyła to co przedtem. No chyba sobie żartuje. Ja tutaj nic jej nie robię, a ona mnie bije, poduszką. Gwałtownie chwyciłem ją w talii, dziewczyna nawet nie wiedziała kiedy i położyłem ją na łóżku. Zacząłem ją łaskotać. Jej słodki śmiech, aż pieścił moje uszy. Śmiałem się razem z nią, bo jakoś podobał mi się widok jej, szczęśliwej.
- Ok. Już przestań. – zaczęła prosić między przerwami śmiechu. Posłuchałem jej i posadziłem ją sobie na kolanach. Ona zwinnie owinęła nogi wokół mojej talii. Popatrzyła mi w oczy, na co ja zrobiłem to samo. Dopiero teraz zauważyłem jej piękne niebieskie tęczówki. Czułem się jak bym tonął w morzu i nie chciał by ktoś mnie z niego ratował, bo w tym akurat mogę utonąć. Ale to wszystko jak zwykle przerwało moje kichnięcie. Julie słodko się zaśmiała. Specjalnie popatrzyłem na nią srogo, aby po chwili pocałować ją w nosek.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. dziewczyna chciał zejść z moich kolan, ale nie pozwoliłem jej na to.
Co za idiota śmie mi właśnie w takiej chwili przeszkadzać?
- Nie ma nas. Ciii. – palcem przykryłem sobie usta.
- To może być coś poważnego. – dziewczyna powiedziała stanowczo i zeszła z moich nóg. Wywróciłem oczami i leniwie zszedłem na dół. Nie miałem nawet ochoty otwierać tych cholernych drzwi. Za to miałem ochotę, tego kogoś po drugiej stronie, zabić. Naprawdę dobrą porę sobie wybrał. Przekręciłem kluczykiem i otworzyłem drzwi. Na wycieraczce stał Harry. 
- Czego? – zapytałem z jadem w głosie. Przeglądnąłem się bardziej loczkowi, teraz dopiero dostrzegłem krew, która leciała wzdłuż jego twarzy. Harry wpadł do domku. Był cały roztrzęsiony, a mi coraz bardziej zaczęła buzować krew w żyłach. Zaczął chodzić tam i z powrotem.
- Louis.. Ja nie wiem co z nimi. Musisz im pomóc. – przyłożył ręce do głowy i energicznie nią potrząsnął.
- Harry, nie rozumiem. Co się dzieje? – zapytałem, próbując go jakoś zatrzymać, żeby ustał w miejscu i powiedział mi, o co tak naprawdę mu chodzi.
- Louis i Rox. Mieliśmy wypadek, oni tam … - chłopak nie dokończył. Truchtem przybiegłem na górę, wyciągnąłem z komody jeden z moich białych T-shirtów i w biegu na dół go na siebie włożyłem.
- Justin.. – usłyszałem cichy głos Julie, ale w tej chwili nie zwracałem na nią uwagi. Z wieszaka ściągnąłem skórzaną kurtkę i wziąłem kluczyki z komody. Postanowiłem jednak odpowiedzieć dziewczynie.
- Nie teraz. – zatrzasnąłem za sobą drzwi. Szybkim krokiem podszedłem do samochodu, gdzie Harry już na mnie czekał. Wsiadłem i odpaliłem samochód, szybko ruszając. Wjechałem na drogę, nie patrząc nawet, czy coś jedzie, gdzie tutaj to rzadko spotykane. Jechałem jak najszybciej mogłem. Nawet nie zwracałem uwagi na to, że przejechałem na czerwonym świetle.
W końcu zauważyłem rozbity samochód na poboczu. Gwałtownie zahamowałem, wyciągnąłem kluczyki z stacyjki i wyszedłem z samochodu. W biegu podbiegłem i spojrzałem przez rozbitą szybę.
- Louis, kurwa. – powiedziałem i poszedłem od strony chłopaka. Spojrzałem na niego. Po twarzy płynęła czerwona ciecz, tak samo jego ręka, pokryta była krwią. Nie zastanawiając się więcej, wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem na pogotowie.
*- Pogotowie ratownicze. W czym mogę pomóc? – usłyszałem kobiecy głos w słuchawce.
- Doszło do wypadku na ulicy Streetforest. Trzy osoby ranne, w tym jedna nieprzytomna.
- Czy udzielił Pan już jakieś pomocy? – zapytała.
- Nie. Proszę szybko przyjechać. – krzyknąłem i rozłączyłem się. Jeżeli bym dalej rozmawiał, wypytywała by się tylko o niepotrzebne jej do życia rzeczy.
Gdy telefonowałem Harry pomógł wyjść Rox z pojazdu. Podszedłem do nich szybko.
- Wszystko okay? – spojrzałem na dziewczynę.
- Tak. Okay. – dziewczyna odpowiedziała, patrząc na rękę i pocierając ją, by móc ukoić ból, który pulsował jej pod skórą. Ręka miała odcień purpury. Usłyszałem jakieś jęki dobiegające z samochodu. Szybkim krokiem podszedłem i spojrzałem na Louisa. Chłopak próbował się poruszyć i mruczał coś pod nosem.
- Louis, nie ruszaj się, okay? Poczekaj jeszcze trochę, za chwilę Cię wyciągną. – powiedziałem do chłopaka. Nie miałem pewności, czy mnie zrozumiał, więc dodałem. – Jeżeli mnie słyszysz, poruszaj palcem. – zacząłem przyglądać się palcom chłopaka, które za chwilę mają się poruszyć, na co się doczekałem. Do moich uszu doszedł dźwięk sygnału pogotowia. Za chwilę karetka znalazła się obok nas. Podeszli do samochodu.
- Czy słyszy nas Pan? – lekarz zapytał Louisa. Chłopak skinął głową, krzywiąc się przy tym z bólu. – Okay, otwieramy te drzwi. – zwrócił do jednego z lekarzy, na co on podszedł do samochodu i powoli próbował je otworzyć. Po chwili udało mu się to zrobić. Zaczęli delikatnie wyciągać chłopaka, tak by nie zrobić mu jeszcze jakieś krzywdy. Położyli go na nosze. Po kilku badaniach, sprawdzania i opatrzeniu ran, które tego potrzebowały, wsadzili go do karetki wraz z nim Rox i Harryego.
- Pojedzie Pan za nami? – zapytał raczej retorycznie.
- Tak. – skinąłem głową. Szybkim krokiem udałem się do samochodu, wyciągnąłem kluczyki z kieszeni i umiejscowiłem je w stacyjce, tym samym budząc tę maszynę do życia. Czekałem aż karetka ruszy przede mną, kiedy już to zrobiła ruszyłem za nią.

Julia’sPOV

Postanowiłam nie siedzieć jak idiotka i czekać na zbawianie. Wzięłam wczorajsze ciuchy, bo świeżych nie miałam i poszłam do łazienki. Zwykle, jak każdego dnia, wzięłabym prysznic, ale teraz nie ma na to czasu. Ubrałam ubrania i przemyłam twarz wodą. Wyszłam z łazienki i udałam się do drzwi wyjściowych. Wzrokiem zaczęłam szukać kogoś kogo znam. Nagle zauważyłam Liama, który rozmawiał przez telefon. Wyglądał na zdenerwowanego. Po chwili rozłączył się i gwałtownie się odwrócił.
- O Julie. Właśnie miałem po Ciebie iść. – jego wyraz twarzy trochę złagodniał, gdy mnie ujrzał.
- A co jest? – zapytałam, wpatrując się w niego z ciekawością.
- Dzwonił Justin. – gdy usłyszałam te słowa, od razu zaczęłam go słuchać uważniej.
- Co z nimi? – zapytałam zniecierpliwiona.
– Są w szpitalu. Mam Cię zabrać i tam jechać. – powiedział. Objął mnie ramieniem, by za chwilę opuścić rękę i poprowadził mnie do samochodu.
- Mówił Ci coś jeszcze? – zapytałam otwierając drzwi samochodu. Wsiadłam w tym samym czasie co chłopak.
- Nie. – pokręcił głową i włożył kluczyki do stacyjki, przekręcając nim, odpalił pojazd. Wygodnie usiadłam w fotelu, zapinając przy tym pas. Chłopak zrobił to samo i ruszył.
Po piętnastu minutach wjechaliśmy na szpitalny parking. Zaparkowaliśmy w pierwszym lepszym miejscu. Wyszłam z samochodu i zaczekałam na Liama. Kiedy chłopak znalazł się już obok mnie udaliśmy się do budynku, którego osobiście nie cierpię. Kojarzy mi się z beznadziejnymi sytuacjami, kiedy to „moi” chłopcy tam trafiali, bo coś poszło nie tak.
Próbowaliśmy jechać windą, ale tutaj doczekanie się na nią, trwa wieki. Postanowiliśmy wejść po schodach. Trzecie piętro, trochę dużo będzie tych schodów. Liam szedł przede mną i pędził jak petarda. No tak nie dziwię się ma długie nogi, brał po trzy schodki, ja jedynie po dwa. Ale ani się obejrzałam byliśmy już tam gdzie powinniśmy. Liam otworzył ciężkie metalowe drzwi i wpuścił mnie pierwszą. Od razu zauważyłam siedzące na tych nie wygodnych krzesłach, a coś o tym wiem, bo nie na jednym spałam, znane mi twarze. Kiedy usłyszeli kroki od razu ich głowy skierowały się w naszą stronę, byliśmy już na tyle blisko, by Rox tak po prostu zerwała się z krzesła i przytuliła mnie.
- Wszystko w porządku? – zapytałam odsuwając ją lekko od siebie, tak by ją dokładniej widzieć. Jej ręka była związana bandażem.
- Tak, wszystko okay. – powiedziała tym swoim piskliwym głosem. Spojrzałam na Harryego, który miał plaster na brwi, siedział jakby załamany z spuszczona głową i przyglądał się swoim palcom. Kątem oka spojrzałam na Justina, który siedział oparty o ścianę z zamkniętymi powiekami. Rox westchnęła głośno i z powrotem usiadła. Ja też postanowiłam to zrobić i usiadłam obok Justina, który tylko na mnie spojrzał i za chwilę odwrócił głowę.
- Gdzie Louis? – zapytał Liam zdenerwowanym głosem, patrzył to raz na Harryego, to na Justina. Harry już otworzył usta by mu odpowiedzieć, ale przerwał mu lekarz, który właśnie wyszedł z jednej z sal.
- I co z nim? – Justin zerwał się z krzesła.
- Chodzi o Louisa Tomlinsona, tak? – zapytał bardzo niskim głosem. Bieber skinął tylko głową. – Ktoś z rodziny? – wskazał na nas każdego palcem.
- Nie. – odpowiedział Justin.
- To nie mogę wam udzielić żadnej informacji. – założył okulary.
- On nie ma rodziny. Jesteśmy tylko my. – powiedział Justin, ale lekarz jakby go zignorował i chciał ruszyć w swoją stronę. – Do cholery mówię Panu, że on nikogo nie ma. Ma tylko nas, czy mógł by Pan z łaską powiedzieć co z nim. Martwimy się o niego. Jest naszym przyjacielem i to my jesteśmy jego jedyną rodziną. – Justin opanowywał się przed wybuchnięciem złością. Lekarz popatrzył się na niego zza okularów. Westchnął.
- Dobrze, jeżeli tak to wam powiem…

 ***
Hej ! :D 
Nwm co myślicie o rozdziałach, nic nie chcecie mi powiedzieć, więc wnioskuję, że są beznadziejne.  ;c 
Cóż, staram się.