piątek, 13 grudnia 2013

Part. 8 †



 Przekręcił kluczykiem i otworzył dębowe drzwi.
- Czego? – zapytał osoby stojącej przed drzwiami. Do domku wpadł Harry. Wyglądał na roztrzęsionego. Przy oku można było dostrzec czerwoną cieć.  Zaczął chodzić po domu, tam i z powrotem.
- Louis.. Ja nie wiem co z nimi. Musisz im pomóc. – położył dłonie na głowie i energicznie ją potrząsał.
- Harry, nie rozumiem. Co się dzieje? – Justin próbował zatrzymać loczka chociaż przez chwilę w jednej pozycji.  Przyglądałam się im z zaciekawieniem.
- Louis i Rox. Mieliśmy wypadek, oni tam ..  – prawie wykrzyczał. Justin truchtem przybiegł na górę, wyciągnął z komody bluzkę i w biegu ją na siebie nałożył.
- Justin… - zaczęłam. Chłopak ściągnął z wieszaka swoją skórzaną kurtkę i wziął kluczyki z komody.
- Nie, teraz. – powiedział sucho i zatrzasnął za sobą drzwi.
Głośno westchnęłam i opadłam na łóżko.
Byłam na niego zła. Nie dość, że nie wiem czy wypadek nie jest poważny, to do tego jest tam Rox. Martwię się, jest moją przyjaciółką, pomimo tego, że ją okłamuję. Ona, jest jedyną dziewczyną, której po części ufam. Oczywiście nie pogadam z nią o tym co robię. Ale do tematów o chłopcach, czy też innych, jest dobra. Źle mi się ją okłamuję, ale jak już weszłam w to gówno, to już z niego nie wyjdę. Taka prawda.
 Zacisnęłam powieki i po raz drugi głośno westchnęłam. Rękami potarłam twarz.

Harry’sPOV

- Zjadłabym coś. – Rox wyszeptała. Cieszę się, że jest teraz tutaj ze mną. Nie ukrywam dziewczyna podoba mi się. Jakoś nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Do póki Bieber nie zaczął się czepiać Jackson. Tam gdzie ona tam też była Rox. Ale jakoś nigdy nie mogłem zrozumieć jak ona mogła być z tym sukinsynem Kylem. Nie wierzę, że wczoraj to była jedyna taka akcja. Ten człowiek jest do wszystkiego zdolny, więc nawet bym się nie zdziwił jak by groził Rox. Dziewczyna się go po prostu bała. Co taka mała, krucha osoba ma zrobić z takim … idiotą, jak on. Mimo to, że to wcale nie jest mój typ dziewczyny, ma coś w sobie. Ale ja wątpię, że mam u niej jakiekolwiek szanse. Nigdy mi żadna nie odmówiła, ale przy Rox, bym się nawet nie zdziwił. Przecież to całkiem inny świat. Nie naraża swojego życia, czasami nie boi się wyjść z domu i nie jest kryminalistką. Która normalna dziewczyna chciałaby chodzić z takim człowiekiem? Może mogę liczyć na przyjaźń, ale będę się cały czas o nią bał. Nie wiadomo jak ktoś, odbierze to, że tylko się kumplujemy, a nic więcej między nami nie jest. Żeby z niszczyć mnie, zniszczą coś na czym mi zależy.
- Hmm. Okay mam pomysł. – uśmiechnąłem się. Wyszedłem z namiotu i udałem się do Louisa, który stał przy swoim samochodzie i coś przy nim sprawdzał.
- Hej Tommo. – przywitałem się z nim męskim uściskiem.
- Co jest? – popatrzył na mnie unosząc przy tym jedną brew.
- Może pojechalibyśmy po coś na śniadanko, pójdziemy do tych dwóch. – skinąłem brodą na domek, miałem na myśli Justina i Julie. – Co Ty na to? – zapytałem z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Okay, nie ma sprawy. – chłopak odpowiedział, nawet na mnie nie spoglądając, tylko zajmował się tym w czym mu przerwałem. Sprawdziłem, czy mam portfel, ale jednak nie. Zostawiłem go w namiocie Rox. Przeszkadzał mi w siedzeniu dlatego go wyciągnąłem. Szybkim krokiem udałem się w stronę namiotu.
- Em, gdzie ja dałem mój portfel? – zapytałem dziewczyny. Również się rozejrzała. Po chwili podała mi go. – O, dzięki. – uśmiechnąłem się i schowałem go do tylnej kieszeni.
- Gdzie idziesz? – dziewczyna zapytała, chowając kosmyk włosów za ucho.
- Jedziemy po coś do zjedzenia. – wyszedłem i popatrzyłem, czy Lou jest już gotowy. Był siedział już wygodnie w samochodzie.
- Mogę też jechać? – zapytała, wychodząc z namiotu.
- Tak. - skinąłem głową. Dziewczyna się tylko uśmiechnęłam i udała się za mną. Wsiedliśmy do samochodu. Nie zdążyłem jeszcze zamknąć drzwi, a Tomlinson już ruszył. Spokojnie wyjechaliśmy na drogę, wtedy dopiero chłopak dodał  gazu. Włączył muzykę i podgłośnił o dwa stopnie.
- Do tej piekarni tam? – zapytał spoglądając w lusterko.
- Ta. – odpowiedziałem i oblizałem usta. Zatrzymaliśmy się na światłach. Po cholerę one tutaj?
- A to Justin jest w domku? – zapytał. I spojrzał na mnie kątem oka.
- Pytanie. Kiedy on spał w namiocie? – zapytałem retorycznie.  Zaświeciło zielone i Louis powoli ruszył.
- Rox, a gdzie Twoja przyjaciółka? – nie odwracał wzroku od drogi.
- U Justina. – dziewczyna odpowiedziała nieśmiało. Louis gwałtownie spojrzał na mnie i złączył brwi.
- Serio? – nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Uważaj! – nagle krzyknęła Rox. Louis gwałtownie przekręcił kierownicą. Słyszałem tylko krzyki. Nagle poczułem ból z tyłu głowy i ciemność ogarnęła moje oczy. 

Otworzyłem oczy. Wokół mnie była tylko jakaś mgła. Spojrzałem w prawo. Louis leżał nieruchomo. Z łuku brwiowego leciała mu krew.
- Louis! – zacząłem krzyczeć. Przybliżyłem się trochę do niego. Jego ręka była pokryta krwią. – Kurwa. – powiedziałem. – Chłopie słyszysz mnie? Kurwa Louis. – poszarpałem go trochę po ramieniu.
- Harry, co się dzieję? – usłyszałem wysoki głos dziewczyny. Gwałtownie się odwróciłem.
- Nic Ci nie jest? – spojrzałem w jej oczy. Widzialny był w nich strach, ona sama trzęsła się ze strachu.
- Nie, jest okay. Tylko ręka mnie boli. – powiedziała spoglądając na rękę. Nie powiedziałem więcej, chciałem wyjąć telefon, by zadzwonić na pomoc. Tutaj samochody mało co jeżdżą, a kiedy są potrzebne to zapewne nikt teraz tutaj nie przejedzie. Wsadzałem dłonie już chyba po raz piąty i nie mogłem znaleźć telefonu.
- Rox, zostań tutaj z nim. Ja pójdę po pomoc. – powiedziałem do dziewczyny, która siedziała jak na szpilkach.
- Gdzie Ty chcesz teraz tutaj znaleźć pomoc? – zapytała.
- Znam skrót nad jezioro. Zaraz będę. - nie patrząc więcej na nią, pobiegłem. Potykałem się o własne nogi. Nagle stanąłem, spojrzałem wokół siebie. Mój oczy, albo źle widzą, albo ja nie wiem. Nigdy nie było tutaj dwóch dróżek.
- Kurwa, teraz która to? – podrapałem się w tył głowy. Spojrzałem kilkakrotnie na każda z nich aż w końcu wybrałem. Na moje szczęście, wybrałem dobrą. Po chwili znalazłem się obok domku Justina. Nerwowo i mocno zapukałem do drzwi.

Justin’sPOV

- Jak się czujesz? – zapytała Julie siadając obok mnie. Nie odpowiedziałem jej, zacząłem udawać, że śpię. Ale chyba nie udawało mi się to, bo mój uśmiech nie chciał zejść z mojej twarzy. Nagle poczułem uderzenie.
- Za co? – zapytałem zaskoczony. Nie odpowiedziała mi tylko powtórzyła to co przedtem. No chyba sobie żartuje. Ja tutaj nic jej nie robię, a ona mnie bije, poduszką. Gwałtownie chwyciłem ją w talii, dziewczyna nawet nie wiedziała kiedy i położyłem ją na łóżku. Zacząłem ją łaskotać. Jej słodki śmiech, aż pieścił moje uszy. Śmiałem się razem z nią, bo jakoś podobał mi się widok jej, szczęśliwej.
- Ok. Już przestań. – zaczęła prosić między przerwami śmiechu. Posłuchałem jej i posadziłem ją sobie na kolanach. Ona zwinnie owinęła nogi wokół mojej talii. Popatrzyła mi w oczy, na co ja zrobiłem to samo. Dopiero teraz zauważyłem jej piękne niebieskie tęczówki. Czułem się jak bym tonął w morzu i nie chciał by ktoś mnie z niego ratował, bo w tym akurat mogę utonąć. Ale to wszystko jak zwykle przerwało moje kichnięcie. Julie słodko się zaśmiała. Specjalnie popatrzyłem na nią srogo, aby po chwili pocałować ją w nosek.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. dziewczyna chciał zejść z moich kolan, ale nie pozwoliłem jej na to.
Co za idiota śmie mi właśnie w takiej chwili przeszkadzać?
- Nie ma nas. Ciii. – palcem przykryłem sobie usta.
- To może być coś poważnego. – dziewczyna powiedziała stanowczo i zeszła z moich nóg. Wywróciłem oczami i leniwie zszedłem na dół. Nie miałem nawet ochoty otwierać tych cholernych drzwi. Za to miałem ochotę, tego kogoś po drugiej stronie, zabić. Naprawdę dobrą porę sobie wybrał. Przekręciłem kluczykiem i otworzyłem drzwi. Na wycieraczce stał Harry. 
- Czego? – zapytałem z jadem w głosie. Przeglądnąłem się bardziej loczkowi, teraz dopiero dostrzegłem krew, która leciała wzdłuż jego twarzy. Harry wpadł do domku. Był cały roztrzęsiony, a mi coraz bardziej zaczęła buzować krew w żyłach. Zaczął chodzić tam i z powrotem.
- Louis.. Ja nie wiem co z nimi. Musisz im pomóc. – przyłożył ręce do głowy i energicznie nią potrząsnął.
- Harry, nie rozumiem. Co się dzieje? – zapytałem, próbując go jakoś zatrzymać, żeby ustał w miejscu i powiedział mi, o co tak naprawdę mu chodzi.
- Louis i Rox. Mieliśmy wypadek, oni tam … - chłopak nie dokończył. Truchtem przybiegłem na górę, wyciągnąłem z komody jeden z moich białych T-shirtów i w biegu na dół go na siebie włożyłem.
- Justin.. – usłyszałem cichy głos Julie, ale w tej chwili nie zwracałem na nią uwagi. Z wieszaka ściągnąłem skórzaną kurtkę i wziąłem kluczyki z komody. Postanowiłem jednak odpowiedzieć dziewczynie.
- Nie teraz. – zatrzasnąłem za sobą drzwi. Szybkim krokiem podszedłem do samochodu, gdzie Harry już na mnie czekał. Wsiadłem i odpaliłem samochód, szybko ruszając. Wjechałem na drogę, nie patrząc nawet, czy coś jedzie, gdzie tutaj to rzadko spotykane. Jechałem jak najszybciej mogłem. Nawet nie zwracałem uwagi na to, że przejechałem na czerwonym świetle.
W końcu zauważyłem rozbity samochód na poboczu. Gwałtownie zahamowałem, wyciągnąłem kluczyki z stacyjki i wyszedłem z samochodu. W biegu podbiegłem i spojrzałem przez rozbitą szybę.
- Louis, kurwa. – powiedziałem i poszedłem od strony chłopaka. Spojrzałem na niego. Po twarzy płynęła czerwona ciecz, tak samo jego ręka, pokryta była krwią. Nie zastanawiając się więcej, wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem na pogotowie.
*- Pogotowie ratownicze. W czym mogę pomóc? – usłyszałem kobiecy głos w słuchawce.
- Doszło do wypadku na ulicy Streetforest. Trzy osoby ranne, w tym jedna nieprzytomna.
- Czy udzielił Pan już jakieś pomocy? – zapytała.
- Nie. Proszę szybko przyjechać. – krzyknąłem i rozłączyłem się. Jeżeli bym dalej rozmawiał, wypytywała by się tylko o niepotrzebne jej do życia rzeczy.
Gdy telefonowałem Harry pomógł wyjść Rox z pojazdu. Podszedłem do nich szybko.
- Wszystko okay? – spojrzałem na dziewczynę.
- Tak. Okay. – dziewczyna odpowiedziała, patrząc na rękę i pocierając ją, by móc ukoić ból, który pulsował jej pod skórą. Ręka miała odcień purpury. Usłyszałem jakieś jęki dobiegające z samochodu. Szybkim krokiem podszedłem i spojrzałem na Louisa. Chłopak próbował się poruszyć i mruczał coś pod nosem.
- Louis, nie ruszaj się, okay? Poczekaj jeszcze trochę, za chwilę Cię wyciągną. – powiedziałem do chłopaka. Nie miałem pewności, czy mnie zrozumiał, więc dodałem. – Jeżeli mnie słyszysz, poruszaj palcem. – zacząłem przyglądać się palcom chłopaka, które za chwilę mają się poruszyć, na co się doczekałem. Do moich uszu doszedł dźwięk sygnału pogotowia. Za chwilę karetka znalazła się obok nas. Podeszli do samochodu.
- Czy słyszy nas Pan? – lekarz zapytał Louisa. Chłopak skinął głową, krzywiąc się przy tym z bólu. – Okay, otwieramy te drzwi. – zwrócił do jednego z lekarzy, na co on podszedł do samochodu i powoli próbował je otworzyć. Po chwili udało mu się to zrobić. Zaczęli delikatnie wyciągać chłopaka, tak by nie zrobić mu jeszcze jakieś krzywdy. Położyli go na nosze. Po kilku badaniach, sprawdzania i opatrzeniu ran, które tego potrzebowały, wsadzili go do karetki wraz z nim Rox i Harryego.
- Pojedzie Pan za nami? – zapytał raczej retorycznie.
- Tak. – skinąłem głową. Szybkim krokiem udałem się do samochodu, wyciągnąłem kluczyki z kieszeni i umiejscowiłem je w stacyjce, tym samym budząc tę maszynę do życia. Czekałem aż karetka ruszy przede mną, kiedy już to zrobiła ruszyłem za nią.

Julia’sPOV

Postanowiłam nie siedzieć jak idiotka i czekać na zbawianie. Wzięłam wczorajsze ciuchy, bo świeżych nie miałam i poszłam do łazienki. Zwykle, jak każdego dnia, wzięłabym prysznic, ale teraz nie ma na to czasu. Ubrałam ubrania i przemyłam twarz wodą. Wyszłam z łazienki i udałam się do drzwi wyjściowych. Wzrokiem zaczęłam szukać kogoś kogo znam. Nagle zauważyłam Liama, który rozmawiał przez telefon. Wyglądał na zdenerwowanego. Po chwili rozłączył się i gwałtownie się odwrócił.
- O Julie. Właśnie miałem po Ciebie iść. – jego wyraz twarzy trochę złagodniał, gdy mnie ujrzał.
- A co jest? – zapytałam, wpatrując się w niego z ciekawością.
- Dzwonił Justin. – gdy usłyszałam te słowa, od razu zaczęłam go słuchać uważniej.
- Co z nimi? – zapytałam zniecierpliwiona.
– Są w szpitalu. Mam Cię zabrać i tam jechać. – powiedział. Objął mnie ramieniem, by za chwilę opuścić rękę i poprowadził mnie do samochodu.
- Mówił Ci coś jeszcze? – zapytałam otwierając drzwi samochodu. Wsiadłam w tym samym czasie co chłopak.
- Nie. – pokręcił głową i włożył kluczyki do stacyjki, przekręcając nim, odpalił pojazd. Wygodnie usiadłam w fotelu, zapinając przy tym pas. Chłopak zrobił to samo i ruszył.
Po piętnastu minutach wjechaliśmy na szpitalny parking. Zaparkowaliśmy w pierwszym lepszym miejscu. Wyszłam z samochodu i zaczekałam na Liama. Kiedy chłopak znalazł się już obok mnie udaliśmy się do budynku, którego osobiście nie cierpię. Kojarzy mi się z beznadziejnymi sytuacjami, kiedy to „moi” chłopcy tam trafiali, bo coś poszło nie tak.
Próbowaliśmy jechać windą, ale tutaj doczekanie się na nią, trwa wieki. Postanowiliśmy wejść po schodach. Trzecie piętro, trochę dużo będzie tych schodów. Liam szedł przede mną i pędził jak petarda. No tak nie dziwię się ma długie nogi, brał po trzy schodki, ja jedynie po dwa. Ale ani się obejrzałam byliśmy już tam gdzie powinniśmy. Liam otworzył ciężkie metalowe drzwi i wpuścił mnie pierwszą. Od razu zauważyłam siedzące na tych nie wygodnych krzesłach, a coś o tym wiem, bo nie na jednym spałam, znane mi twarze. Kiedy usłyszeli kroki od razu ich głowy skierowały się w naszą stronę, byliśmy już na tyle blisko, by Rox tak po prostu zerwała się z krzesła i przytuliła mnie.
- Wszystko w porządku? – zapytałam odsuwając ją lekko od siebie, tak by ją dokładniej widzieć. Jej ręka była związana bandażem.
- Tak, wszystko okay. – powiedziała tym swoim piskliwym głosem. Spojrzałam na Harryego, który miał plaster na brwi, siedział jakby załamany z spuszczona głową i przyglądał się swoim palcom. Kątem oka spojrzałam na Justina, który siedział oparty o ścianę z zamkniętymi powiekami. Rox westchnęła głośno i z powrotem usiadła. Ja też postanowiłam to zrobić i usiadłam obok Justina, który tylko na mnie spojrzał i za chwilę odwrócił głowę.
- Gdzie Louis? – zapytał Liam zdenerwowanym głosem, patrzył to raz na Harryego, to na Justina. Harry już otworzył usta by mu odpowiedzieć, ale przerwał mu lekarz, który właśnie wyszedł z jednej z sal.
- I co z nim? – Justin zerwał się z krzesła.
- Chodzi o Louisa Tomlinsona, tak? – zapytał bardzo niskim głosem. Bieber skinął tylko głową. – Ktoś z rodziny? – wskazał na nas każdego palcem.
- Nie. – odpowiedział Justin.
- To nie mogę wam udzielić żadnej informacji. – założył okulary.
- On nie ma rodziny. Jesteśmy tylko my. – powiedział Justin, ale lekarz jakby go zignorował i chciał ruszyć w swoją stronę. – Do cholery mówię Panu, że on nikogo nie ma. Ma tylko nas, czy mógł by Pan z łaską powiedzieć co z nim. Martwimy się o niego. Jest naszym przyjacielem i to my jesteśmy jego jedyną rodziną. – Justin opanowywał się przed wybuchnięciem złością. Lekarz popatrzył się na niego zza okularów. Westchnął.
- Dobrze, jeżeli tak to wam powiem…

 ***
Hej ! :D 
Nwm co myślicie o rozdziałach, nic nie chcecie mi powiedzieć, więc wnioskuję, że są beznadziejne.  ;c 
Cóż, staram się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz